Prolog

Hej! Stawiam sprawę jasno. Ze względu na małą ilość komentarzy ogarnął mnie totalny brak motywacji. Ja potrzebuję żeby ktoś zgadywał co się będzie działo; krytykował mnie za wszelkie akcje, romanse czy morderstwa; wypominał mi błędy gramatyczne; etc.

W każdym razie… Piszę sobie nieoficjalne FF, które skupia sie na przyszłości Marie (nie tej samej co w ostatnim rozdziale). Wstawiam więc tutaj Prolog i bardzo prosze o opinię. Będziecie czytać czy nie? W głowie mam już sensowny zarys tego opowiadania, ale oczywiście wszystko zależy od Was! Także dajcie znać, bo inaczej nie będę wstawiać dlaszych rozdziałów :)

***

— Chyba rozumie Pan, że takie zachowanie ze strony Marie skutkuje natychmiastowym wydaleniem z naszej placówki oraz grzywną w formie odszkodowania dla pokrzywdzonej uczennicy oraz zdemolowanych obiektów — głos starego i pomarszczonego dyrektora Gotham Academy rozbrzmiał w jego wielkim i zupełnie niezasłużonym gabinecie. Siedziałam na siedzeniu tuż przed jego dębowym biurkiem, na którym ołówki były pedantycznie poustawiane w porządku od najmniejszego do największego. Samo przebywanie w takim pomieszczeniu przyprawiało mnie o dreszcze.

— Oczywiście, Panie Anderson, wyraził się Pan niezwykle jasno — Bruce, który siedział na siedzeniu obok, wpatrywał się teraz ze spokojem w dyrektora. Musieli być w tym samym wieku jednak różnica była nieziemska. Może gdyby stary Anderson nie spędzał całych dni na próbowaniu usunąć mnie ze szkoły to może na jego głowie pozostały by jakieś włosy?

Wyprostowałam ze znużeniem nogi, po czym podwinęłam pojedynczą skarpetę, która miała sięgać za kolano. Głupie mundurki, głupia buda. Nikt tutaj nie miał nic mądrego do powiedzenia, oprócz prawienia morałów i zabraniania dobre zabawy. By pokazać moje niezadowolenie z obecnej sytuacji, oparłam się o siedzenie z rękoma założonymi na piersiach i zjechałam niżej, przyjmując naganną postawę. Kiedy oba spojrzenia skierowały się w moją stronę uśmiechnęłam się niewinnie.

— Sam Pan widzi, Panie Wayne — zaczął znowu ten stary pryk. Jakby nie miał nic lepszego do roboty tylko męczyć mnie o jakieś głupie zniszczenie mienia. — W tym przypadku niewiele da się już zrobić.

Czy on mówił o mnie? Wyprostowałam się ze wzburzeniem, jednocześnie otwierając moje usta. Nie miał prawa tak o mnie mówić. Nie znał mnie. A w gruncie rzeczy, brakowało mu piątej klepki. Zanim jednak z moich ust wydobył się jakikolwiek odgłos, Bruce zdołał mi przeszkodzić.

— Marie, pozwolisz że porozmawiam z Panem Andersonem na osobności? — udając przymilnym ton skierował na mnie spojrzenie swoich przenikliwych oczu. Nigdy nie wychodził z równowagi. Nie to co ja. Był prawdopodobnie jedyną osobą, której słuchałam. W miarę racjonalności, oczywiście.

Bez słowa wstałam i wyszłam z gabinetu, wstępując tym samym do pokoju, w którym pracowała sekretarka. Kobieta, dobrze znając moją osobę (bowiem często zdarzało mi się lądować u dyrektora), posłała mi mordercze spojrzenie znad swoich okularów. Może wciąż pamiętała kiedy na pierwszy roku pokleiłam jej krzesło superklejem, a ona nieszczęśliwie na nie usiadła. Przecież byłam wtedy tylko smarkaczem, nie może mi mieć tego za złe… Uśmiechnęłam się do niej niewinnie i usiadłam na jednym z niewygodnych foteli, przeznaczonych pewnie do torturowania biednych uczniów, kiedy w strachu siedzieli i czekali na karę u słynnego dyrektora A.

By umilić sobie czas zaczęłam cicho nucić jakieś stare hity zeszłego lata kiedy to jeszcze przymilnie spędzałam czas ze swoimi przyjaciółmi. Ta, przyjaciółmi. Wtedy wszystko wydawało się takie łatwe. Gdyby tylko Bruce zrozumiał, że ta szkoła wcale mi nie pomaga. Ja już wiedziałam kim chcę być i jaki jest mój cel.

Sekretarka już powoli zbierała się by krzyknąć coś w moim kierunku, ale drzwi gabinetu otworzyły się i wyszedł przez nie Bruce. Jego twarz wydawała się postarzeć nawet bardziej kiedy spojrzał na mnie bez żadnych emocji. Zgarnął swój kapelusz po czym w ciszy ruszył do przodu. Łatwo było za nim nadążyć bowiem utykał na jedną nogę, która niegdyś w brutalny sposób została zmiażdżona podczas jednej z jego walk z Jokerem.

— Co tym razem mu zaproponowałeś? Nowe skrzydło w bibliotece? Renowacja Sali gimnastycznej? A może tym razem coś bardziej klasycznego i wykupiłeś mu wreszcie tę polisę ubezpieczeniową na życie, bo stary A. wydaje się być w coraz gorszym stanie? Sto dolców, że nie wytrzyma do Świąt! — uśmiechnęłam do Bruce’a, lecz ten ewidentnie nie podzielał mojej radości.

— Tym razem nic mu nie zaproponowałem — powiedział spokojnie, kiedy ruszyliśmy opustoszałym korytarzem przez szkołę. Zmarszczyłam brwi.

— Stary A sam odpuścił? Pewnie podziałał na niego mój naturalny urok osobisty — z udawaną skromnością zamrugałam swoimi długimi rzęsami.

— Nie — głos mężczyzny wydawał się być teraz jeszcze bardziej poważny. Nie patrzył na mnie lecz daleko przed siebie. — Podjąłem decyzję. Nie będziesz więcej uczęszczała do Gotham Academy.

Zatrzymałam się z wrażenia. Przez chwilę rzeczywiście mnie zatkało. Czy to był koniec mojej udręki? Czy wreszcie mogłam pójść w ślady rodziców i zająć się ochroną tego miasta zamiast tracić czas na rozwiązywaniu zadań z trygonometrii i recytacji Shakespeare’a?

— Żartujesz sobie, prawda? — oczyma wyobraźni widziałam już jak otwierają się przede mną drzwi do nowego życia. Tak niewiele brakowało by tylko przejść przez próg tego budynku i nigdy nie wrócić. Machinalnie spojrzałam na drzwi przed nami. Drzwi prowadzące do wolności.

— Nie żartuję, Marie – powiedział, a na moich ustach rozkwitł szczery uśmiech, którego za nic w świecie nie mogłam się pozbyć. Do momentu kiedy Bruce przemówił ponownie. — Koniec tych Twoich wygłupów. Myślisz, że wszystko Ci wolno, bo chcesz iść w ślady Twoich rodziców i masz kosmiczną moc. Powiem Ci coś. Oni z pewnością nie byliby dumni z tego, że zniszczyłaś komuś samochód albo zdemolowałaś męską szatnię. Nie chcę Ci prawić morałów, bo wszyscy znamy tę gadkę dobrze z filmów, ale tym razem przegięłaś.

Wzruszyłam ramionami, wspominając moje dwa poprzednie wybryki. Fakt, może nie były one do końca legalne, ale był to jedyny sposób w jaki mogłam wymierzyć sprawiedliwość. Przecież to właśnie o to walczyli moi rodzice. No. Prawie. Nawet Bruce musiał czasami nagiąć prawo. Dlaczego teraz tego nie rozumiał?

— Wysyłam Cię do Hudson Academy — te słowa zmyły nagle moje wszelkie nadzieje na jakąkolwiek przyszłość. Szczęka opadła mi do samej ziemi, a skóra przybrała gniewny, czerwony kolor.

— Nie możesz tego zrobić! Mam 18 lat i mogę robić co zechcę! — wypaliłam. Wiedziałam, że nie potrzebowałam pieniędzy Bruce’a, bowiem ojciec przepisał mi gigantyczny spadek. Wystarczyło pociągnąć parę sznureczków i wreszcie byłabym wolna raz na zawsze…

— Oczywiście, że mogę to zrobić — kącik mężczyzny drgnął trochę kiedy to mówił. — I to zrobię.

— Wyprowadzam się — oznajmiłam zacięcie. Wiedziałam, że nie potrzebowałam pieniędzy Bruce’a, bowiem ojciec przepisał mi gigantyczny spadek. Wystarczyło pociągnąć parę sznureczków i wreszcie byłabym wolna raz na zawsze…

— Istotnie. Akademia położona jest setki kilometrów stąd.

— Wyprowadzam się od Ciebie — podniosłam swój ton jeszcze bardziej. — Zostaję w Gotham.

Tym razem Bruce pozwolił sobie na swój najbardziej złośliwy uśmiech. To oznaczało jedno. Miał jakąś kartę w rękawie i właśnie zamierzał jej użyć.

— Nie, moja droga — powiedział. — Zgodnie z testamentem Twojego ojca wynika, że otrzymasz jego pieniądze dopiero kiedy ukończysz przynajmniej podstawową edukację.

Moje oczy powiększyły się dwukrotnie kiedy Bruce z radością obwieścił mi tę nowinę. To musiało być kłamstwo! Nie ma mowy żeby mój ojciec zrobił coś tak absurdalnego! Przecież on był…

— Nawet nie wiesz jaki jestem dumny z Richarda za to, że pomyślał o Twojej przyszłości zanim zginął. Chociaż przypuszczam, że Kori miała w tym swoje trzy gorsze — oznajmił pogodnie Bruce, a ja mogłam niemal wyczuć jak czerpie satysfakcję z tego, że miał mnie w swojej kieszeni.

Mężczyzna ruszył do przodu, zostawiając mnie w tyle. Myślałam. Intensywnie myślałam nad opcjami jakie mi zostały. I niestety, moja głowa była pozbawiona pomysłów.

— A ja myślałam, że byliście po mojej stronie — mruknęłam pod nosem, wyobrażając sobie moich rodziców, których obraz pamiętałam jedynie przez zamglone urywki wspomnienia czy fotografie w salonie.

Spojrzałam na sylwetkę oddalającego się starca. To on mnie wychował, tak jak i mojego ojca. Nauczył mnie jak walczyć i jak wymierzać sprawiedliwość. Był jedyną osobą, której ufałam, a teraz? Wysyłał mnie daleko stąd. Dlaczego? Dlaczego tak bardzo chce się mnie pozbyć? On chce Ci tylko pomóc, Marie. Głosik w mojej głowie pozwolił mi ochłonąć. Może to ja sama to na siebie sprowadziłam…

Ruszyłam w kierunku zaparkowanej przy szkole limuzyny. Rozglądałam się dookoła, bacznie skupiając swoją uwagę na każdym aspekcie tego miasta. Gotham. Piękne, ciekawe i przerażające. Pełne przestępstw i kryminalistów. Miejsce, gdzie żyli moi rodzice. Miejsce, w którym się urodziłam. Miejsce, w którym się wychowałam.

— To dobra decyzja, Marie — odezwał się Bruce kiedy zamknęłam za sobą drzwi samochodu. — Może im dalej tego miasta, tym lepiej.

— Lepiej dla kogo? — spytałam zgryźliwie.

— Może dla nas wszystkich.

Wiedziałam, że Bruce mnie kocha, ale nie miałam zamiaru się tak po prosu poddać i ulec. Chcesz wojny? Będzie wojna.

Hudson Academy, lepiej się przygotuj na małe zamieszanie.

Rozdział 59: Zamęt i Spokój

— Helena, zostań w wieży by nadzorować wszystko z komputerów — krzyknął Gar, kiedy sam właśnie wkładał za pas małą broń i zestaw granatów. Kątem oka spojrzał na Jasona, który bez wyrazu robił to samo. Do tej pory to Barbara zajmowała się kwestią nadzorowania akcji z wieży. I była w tym najlepsza. Nikt nigdy jej nie zastąpi.

— Podkręć głośność, Gar! — Damian wyłonił się z ciemności z maską Robina na twarzy. Tak bardzo przypominał Bruce’a, że niemal miałam wrażenie, że Batman lada chwila wyłoni się z kąta w wieży. On jednak miał własne miasto do ochrony.

                Logan złapał pilot i wszyscy spojrzeliśmy na wielki ekran telewizora. Młoda blondynka właśnie nadawała relację na żywo z pobliskiego przedszkola.

— … bezpieczeństwo dzieci jest teraz głównym priorytetem — mówiła szybko i wyraźnie, podczas gdy kamera pokazywała tłum policji, który zgromadził się pod budynkiem. — Świadkowie zeznają, ze widzieli mężczyznę w masce Jokera, wchodzącego do budynku w towarzystwie młodej kobiety oraz dziecka. Trudno na tę chwilę określić czy byli to zakładnicy, czy kobieta dobrowolnie podążyła za terrorystą. Policja próbuje dowiedzieć się jakie są żądania kryminalisty, i czy jest on powiązany z tajemniczymi atakami na placówki edukacyjne w ostatnim tygodniu…

— To Joker — oznajmił Damian bez wahania. Jason zacisnął pięści na karabinie. Mogłam widzieć jak bardzo spieszno mu po zemstę.

— Dlaczego przedszkole? — spytał Gar.

— Wie, że policja nie przeprowadzi tam szturmu. W końcu dzieci są nieprzewidywalne i nie da się zaplanować żadnej akcji od środka… To całkiem dobry ruch — skomentował Jason ponurym tonem. Z trudem umiałam na niego patrzeć. Teraz, kiedy wyglądał jakby jego jedynym celem było zabicie Jokera.

— Kim jest ta kobieta? Myślicie, że to było dziecko Kori? — rzuciłam pytanie, lecz nie spotkałam mnie odpowiedź.

                Damian ponownie otworzył usta by przemówić, ale w tym samym momencie do pokoju wleciała przez okno znajoma postać. Rudowłosy mężczyzna wylądował tuż obok Garfielda.

— Ryan? Co ty tu robisz? — spytał Zielony, wymieniając z bratem Kori krótki uścisk.

— Słyszałem, że rzeczy nie mają się najlepiej. Teraz kiedy Grayson… — urwał, przez co na chwilę w pokoju zapanowała cisza. — W każdym razie mam informacje na temat Jokera. Spotkaliśmy się z nim wcześniej. Ja i Kom. Ona nie mogła przybyć ze względu na jej… Niezdolność.

                Wszyscy wiedzieliśmy, że siostra Kori urodziła się bez możliwości latania. Wciąż jednak dobrze byłoby mieć ją w swoich szeregach.

— Skąd go znacie? — spytał Damian, z podejrzeniem patrząc na mężczyznę.

— Przyszedł do nas parę tygodni temu, chcąc dobić targu. Dziecko w zamian za życie Kori. Zgodziliśmy się, ale nie spodziewaliśmy się takich konsekwencji — powiedział Ryan.

— Masz na myśli, że twój szwagier i moja dziewczyna nie żyją? Tak, to całkiem poważne konsekwencje — prychnął głośno Jason. Spojrzałam na niego ze współczuciem i wymieniłam smutne spojrzenia z Garem.

— Zabrał dziecko Kori — powiedziałam.

— Ten człowiek jest psychicznie chory — oznajmił Ryan. — W dodatku współpracuje z inną kobietą.

                Wszyscy spojrzeliśmy po sobie.

— Znasz jej dane?

— Wiem tylko jak się nazywa — powiedział. — Quinn. Harley.

                Fala ciszy i zaskoczenia rozległa się po wieży.

— Cholera — Gar pierwszy wydusił z siebie jakieś słowo.  — Powiadomcie Vica. Niech natychmiast wstawi się w wieży.

— Nie — przerwał mu Jason, ładując broń. — Niech przyjedzie od razu do celu. Skończymy to raz na zawsze.

***

                Znaleźliśmy się pod przedszkolem. Na małym placu zabaw huśtawki poruszały się na zimnym wietrze, co dodawało temu obrazowi większego dramatyzmu. Policja wciąż bezskutecznie próbowała znaleźć jakiś plan by wejść do środka, lecz nie mieli żadnych informacji. Za to my byliśmy skuteczniejsi.

— Red Hood, zgłoś się — przemówiłem do swojego nadajnika, wychylając się zza ciemnego zaułka. Moim zadaniem było znieczulić system alarmowy w budynku.

— Red Hood, odbiór — usłyszałam w słuchawce. — Jestem gotowy do skoku.

                Spokojnie przeturlałem się do tylnych drzwi przedszkola, po czym wprowadziłem swoją małą zabawkę, która miała znieczulić cały budynek. Teraz przynajmniej odblokuję wszystkie drzwi i wyjścia. Wprowadziłem właściwy kod i dałem znak Jasonowi, że może wykonać kolejny krok naszego planu.

                Spojrzałam w górę, widząc jak po cienkiej i niemal niewidzialnej lince osuwa się sylwetka w ciemnoczerwonym stroju.

— Logan, Twój ruch — wezwałem kolejnego pionka w całym tym planie.

— Daj mi 30 sekund — usłyszałem głos Zielonego, po czym spojrzałem na swój zegarek. Nie zajęło mu to nawet tyle czasu i po parunastu sekundach, ponownie usłyszałem jego głos. — Czysto.

                Powoli uchyliłem drzwi do tylnego wejścia i wkradłem się do środka. Logan wyłonił się z nikąd, zupełnie jakby wyrósł nagle z ziemi.

— Nienawidzę bycia szczurem — wzdrygnął się mężczyzna, po czym wszedł do jednego z pokoi, które wcześniej namierzyliśmy na planie budynku. Sekundę później usłyszałem kolejną serię kroków.

— Jason na pozycji? — spytał Ryan, który wleciał przez okno, które przed chwilą uchylił Logan. Skinąłem głową, po czym wszyscy ruszyliśmy przed siebie.

                Nie mieliśmy dokładnego położenia Jokera, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że w budynku oprócz nas są jeszcze niewinne 5-latki. Musieliśmy być ostrożniejsi niż zwykle. Nagle w mojej słuchawce rozległ się szmer.

— Red Hood? Wszystko w porządku? — szepnąłem, lecz zamiast odpowiedzi w słuchawce, usłyszeliśmy odpowiedź na piętrze wyżej. Najpierw po budynku roztoczył się jeden strzał w broni, a po chwili drugi. Logan i Ryan spojrzeli po siebie i chwilę później cała nasza trójka biegła po schodach w górę.

                Znaleźliśmy się na piętrze wyżej. Ściany korytarza były wypełnione malunkami podopiecznych placówki. Bez wahania otworzyłem pierwsze drzwi. Moim oczom ukazała się gromada dzieci, które jak gdyby nigdy nic siedziały cicho na swoich siedzeniach.

— Ja chce do mamy! — jeden krzyk wystarczył by i cała reszta dzieciaków zaczęła płakać i poruszać się w moim kierunku. Spojrzałam na Ryana — Wyprowadź ich stąd!

                Rudowłosy skinął głową, po czym wziął na ręce dwójkę mniejszych dzieci. Spojrzałem za siebie, skupiając uwagę na drugich drzwiach. Logan powolnym krokiem ruszył w tamtym kierunku, a ja byłem tuż za nim. Nagle z zewnątrz rozległ się donośny i zdesperowany głos. Powoli uchyliłem drzwi, stawiając jedną nogę do środka izby.

                Jason stał na środku, z bronią w dłoni. Jego twarz była pokryta łzami kiedy mówił coś głośno i niewyraźnie. Spojrzałem na drugą część pokoju. Musiała być to bawialnia, bowiem wokół znajdowała się masa zabawek. Lalki, samochodziki, układanki… Wszystko to sprawiało, że to co zobaczyłem było tylko okrutnym zbiegiem okoliczności. Joker leżał na środku z wykrzywionym uśmiechem na twarzy, skąpany we własnej krwi, która barwiła teraz jasnożółty dywan swoją czerwienią. Nad jego ciałem, pozbawionym już życia, klęczała młoda dziewczyna o blond włosach, które z jednej strony zafarbowane były na czarno. Jej makijaż, który zrobiony był na podobiznę tego od Jokera, był teraz zupełnie rozmazany przez jej łzy. Jej szloch roznosił się po pokoju kiedy zakrwawionymi rękoma próbowała przywrócić do życia zwłoki kryminalisty.

— Jason — zza moich pleców wyłonił się Gar, który zwrócił na siebie uwagę Jasona. Ciemnowłosy wciąż trzymał pistolet w swojej dłoni, teraz jednak poruszał nim desperacko, kierując go w stronę swojego przyjaciela a to ponownie w stronę płaczącej kobiety. — Jason, odłóż broń. To już koniec.

— Ona nie żyje — wykasłał mężczyzna przez łzy, a na jego twarzy pojawił się grymas bólu. Chociaż nigdy nie byłem z nim blisko, nie potrafiłem wyobrazić sobie przez co teraz przechodził. W gruncie rzeczy, on też był moim bratem… — Zabiliście ją!

                Broń ponownie powędrowała w stronę dziewczyny na co Gar zrobił krok w przód. Stał teraz pomiędzy nimi.

— Jason, nie zwrócisz życia Barbarze — powiedział spokojnym tonem Zielony.

— Ale mogę ją pomścić — głos Jasona stał się bardziej skupiony kiedy skupił swoją uwagę na celu. Blondynka patrzyła na niego błagalnie, jednocześnie obejmując martwe ciało Jokera, jakby to miało jej w jakiś sposób pomóc.

                Nagle na schodach rozległy się kroki. Ciężkie i szybkie. Poczułem jak ktoś odsuwa mnie na bok. Do pokoju wparował Cyborg, który z niedowierzaniem na twarzy patrzył teraz na całą scenerię.

— Harley? Czyli to prawda? — spytał z niedowierzaniem, patrząc jak blondynka klęczy w kałuży krwi. Na jego twarzy pojawił się grymas obrzydzenia.

                W powietrzu dało się usłyszeć odgłos przeładowania magazynku i cała uwaga znów skupiła się na Jasonie.

— Bądź rozważny, Jason — zaczął ponownie Logan. — Całe życie przed Tobą. Wrócimy do bazy. Wszystko wróci do normy.

— Do normy? — ciemnowłosy wydał z siebie dziwny odgłos, coś pomiędzy rykiem a płaczem. — Moje życie nie ma już żadnego sensu bez niej! Wiesz jak to jest stracić kogoś kogo się kocha ponad wszystko?

                Spojrzałem na twarz Logana. I ją wykrzywił grymas bólu.

— Wiem — odpowiedział cicho. Przez chwilę miałem wrażenie, że Jason złagodniał, bowiem spojrzał na swojego przyjaciela ze zrozumieniem. Nie byłem pewny o co konkretnie chodziło lecz musiało to mieć duży wpływ na życie Gara. — I żyłem dalej. Życie nie kończy się teraz, Jason. Jeszcze będziesz szczęśliwy. Odłóż tę broń. Proszę Cię.

                Red Hood spojrzał na swoją drżącą dłoń, po czym opuścił spust. Harley wydała z siebie płacz, wyrażający ulgę. Atmosfera nagle zdecydowanie się rozrzedziła. Napięcie opadło, lecz tylko na sekundy.

                Wtedy stało się coś czego nikt się nie spodziewał. Zanim tak naprawdę zobaczyłem co się dzieje, powietrze przedarł huk wystrzału. Gar krzyknął głośno i rzucił się do przodu. Lecz było już za późno. Ciało Jasona osunęło się na ziemię, a jego krew zaczęła mieszać się z krwią Jokera. Patrzyłem na wszystko jak przez mgłę. To nie musiało się tak kończyć…

                Cyborg wyprowadził mnie z pokoju zanim tak naprawdę ponownie wróciłem do siebie. Zajęło mi chwilę bym tak naprawdę mógł zdać sobie sprawę z tego co właśnie się stało.

— Policja zaraz tu będzie — oznajmił ciemnoskóry mężczyzna, po czym ponownie wszedł do pokoju. Chwilę później wyszedł z Garem, który pomimo swojej zielonej skóry, wydawał się być niemal przezroczysty.

                Nagle na końcu korytarza rozległ się płacz dziecka. Wszyscy zapomnieliśmy po co tu właściwie przyszliśmy. Biegiem ruszyłem przed siebie, namierzając płacz zza zamkniętymi drzwiami. Otworzyłem je kopniakiem, widząc jak w drewnianej kołysce szamocze się owinięte w koc niemowlę. Spojrzałem na córkę Graysona i Kori, i w tym samym momencie byłem pewien, że widzę ich oboje tuż obok niej. Szmaragdowe oczy dziewczynki lśniły w ciemności, z zaciekawieniem chłonąc otoczenie.

— Spokojnie, mała — powiedziałem, biorąc ją na ręce i kołysząc lekko. — Wracamy do domu.

***

EPILOG

*** 20 LAT PÓŹNIEJ ***

Cholera jasna. Dlaczego Bruce zawsze musiał organizować te imprezy? Ah, nie imprezy. On to nazywał inaczej. Przyjęcia. A moja obecność zawsze, ale to zawsze, była obowiązkowa. Chociaż tym razem przynajmniej rzeczywiście istniał jakiś racjonalny powód do świętowania.

                Westchnęłam głośno, wskakując na dach rezydencji, pod którą zaczął już gromadzić się szereg samochodów. Chociaż była dopiero ósma to na dworze panowała nieskazitelna ciemność. Zima była moją ulubioną porą roku właśnie z tego powodu. Uwielbiałam noc.

                Zgrabnym ruchem osunęłam się na lince do okna mojego pokoju. Ktoś kto zobaczyłby mnie z dołu musiałby pewnie pomyśleć, że jestem jakimś profesjonalnym włamywaczem. Ciemny kostium, czarna maska, no i nienaganny styl schodzenia po linie. Kopniakiem otworzyłam okno, wpadając do środka, lądując na dwóch nogach, i zachowując idealną równowagę. Nie żebym nie umiałam po prostu wlecieć do środka, używając swoich mocy, ale tak było zabawniej. A ja lubiłam zabawę.

— Panienko Marie, Pan Bruce po raz kolejny prosi by zeszła Panienka na dół — głos Alfreda przedarł się przez grube, zamknięte drzwi. — Gość honorowy już tu jest.

— Zaraz zejdę! — odkrzyknęłam, jednocześnie cicho zamykając za sobą okno. Przecież nie byłam aż tak bardzo spóźniona, prawda? Usłyszałam jak na korytarzu kroki lokaja tracą swoje echo. Doskoczyłam do wielkiej szafy i zgarnęłam pierwszą lepszą sukienkę.

                Zdjęłam swój ciemny kostium, który na klatce piersiowej przedstawiał niebieskie skrzydła, i rzuciłam go do reszty pobrudzonych i zakrwawionych stroi. Kiedyś muszę w końcu zrobić to pranie… Wskoczyłam w sukienkę, rozpuściłam włosy, które wcześniej spięte były w wysoki kucyk, i ostatecznie spojrzałam w lustro.

— Buty! — zawołałam z paniką, patrząc na zegarek. Wolałam nie denerwować Bruce’a, przynajmniej nie tego wieczoru. Zamiast ruszyć się w kierunku czarnych szpilek, leżących koło garderoby, przywołałam je do siebie cichym zaklęciem. Profity posiadania zdolności magicznych.

                Teraz wyglądałam już w porządku. Krwiście czerwona sukienka odsłaniała ramiona oraz wydatne obojczyki. Idealnie kontrastowała z czarnymi jak noc falami, które opadały na wykrojone plecy, tworząc ciężkie serpentyny. To wystarczy by zyskać spojrzenia wszystkich w sali. Choć tak naprawdę chodziło mi tylko o jedno spojrzenie.

                Pewnym ruchem, biodrami zataczając łagodne koła, udałam się na parter. Już na schodach nie mogłam nie zauważyć potajemnych zerknięć ze strony mężczyzn oraz zazdrosnych szeptów ich żon i partnerek. Zaśmiałam się w duchu.

                Bruce jak zwykle przeszedł sam siebie, choć byłam pewna, że to raczej zasługa Alfreda. Sala balowa wypełniona była złotymi stolikami na drinki oraz pięknymi dekoracjami. Ciekawa byłam czy tenże ‘gość honorowy’ również docenił te starania.

— Marie, wyglądasz zjawiskowo! — usłyszałam za sobą ciepły, kobiecy głos. Odwróciłam się by wpaść w ramiona niskiej, pulchnej kobiety, ubranej w długą, ciemną suknię.

— Ty również, ciociu Heleno — powiedziałam z wdziękiem. — Gdzie wujek Logan i dziewczynki?

— Rachel się pochorowała, a Babs nie miała zamiaru ruszać się bez niej — wytłumaczyła kobieta. — Gar został z nimi w domu, ale może wpadnie na chwilę później. W końcu lata nie widział… Oh — brunetka spojrzała na swoją torebkę i chwilę później wyciągnęła z niej wibrujący telefon. — O wilku mowa. Wybacz mi, Marie.

                Skinęłam głową, pozwalając Helenie oddalić się w miejsce, gdzie muzyka nie grała tak głośno. Sama zgarnęłam kieliszek  szampana, który tylko czekał na to by zostać wzniesiony jako toast. Moje serce zaczynało bić szybciej wiedząc, że ta chwila zbliża się niecierpliwie.

                Przemieściłam się przez tłum by znaleźć się bliżej sceny. Gdzie był Bruce? Moim poszukiwaniom przeszkodziła kolejna osoba.

— Hej, Marie, dawno Cię nie widziałem na Uczelni. Co tam u Ciebie słychać? — wysoki i przystojny chłopak wyszczerzył zęby w moim kierunku. Udałam fałszywy uśmiech, próbując zachować klasę (której w gruncie rzeczy wcale mi nie brakowało).

— Roy, jak miło Cię widzieć! — powiedziałam z udawanym chichotem. — Uczelnia? No wiesz, miałam dużo spraw na głowie. Ale niedługo wracam na rok także powinniśmy się częściej widywać.

                W głębi serca wiedziałam, że zrobię wszystko co w mojej mocy by już więcej nie zobaczyć nawet drzwi wejściowych tego Uniwersytetu. Bruce zmusił mnie do studiów całą tą swoją gadką pt. ‘tego chcieliby Twoi rodzice’, ale po dwóch latach miałam już tego wszystkiego serdecznie dosyć. Ci ludzie, wliczając w to Roy’a Harpera Juniora, byli po prostu nudni jak flaki z olejem.

— Marie, czy chciałabyś może…? — w momencie kiedy jego usta otwarły się by (zapewne) zaprosić mnie na kolację, wychwyciłam wzrokiem szare włosy, okulary i czarny garnitur. Szybkim krokiem, bez słowa pożegnania, zdając sobie sprawę jak niegrzeczne i niekulturalne było takie zachowanie, wyminęłam młodego mężczyznę i skierowałam się do sceny.

                Zbliżając się do podestu, zaczęłam powoli zwalniać kroku i rozglądać się dookoła. Czy on już tu jest? Bystre oczy Bruce’a wychwyciły moją osobę. Rozpostarł swoje ramiona i przytulił mnie ciepło.

— Wyglądasz pięknie, Marie, pewnie zajęło Ci to wieczność — powiedział niskim głosem, na co ja uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Gdyby tylko wiedział, że znów spędzałam czas na patrolach zamiast na ‘prawdziwym życiu’, pewnie by oszalał. Wolałam nie wystawiać go na takie ryzyko. Nie teraz, kiedy dopiero co przeszedł jeden, groźny zawał serca. Jego zdrowie było priorytetem.

— Nie wznosisz toastu? — spytałam niewinnie, chociaż tak naprawdę chciałam się tylko dowiedzieć gdzie jest ten długo wyczekiwany gość.

— Muszę wpierw omówić pewne sprawy ze starymi znajomymi — powiedział, na co ja powoli zaczęłam gotować się w środku z niecierpliwości. Zamiast jednak okazać moją frustrację, uśmiechnęłam fałszywie.

— W takim razie pójdę się przewietrzyć — oznajmiłam, czując nagłą potrzebę bycia samej. A samotność najlepiej smakowała w mroku nocy.

                Przeszłam przez rozbawiony tłum gości, udając że świetnie się bawię i kiwając w kierunku znajomych mi osób. Kiedy jednak znalazłam się na tarasie, odetchnęłam z ulgą. Już nie musiałam udawać przed nikim, że tu pasuję.

                Spojrzałam w niebo, widząc jak Księżyc wyłania się zza chmur i prześwituje lekko na otaczający mnie ogród. Oparłam ręce o kamienny murek, wdychając świeże i mroźne powietrze.

— Jak zawsze wybrałaś  noc i samotność —głos, który rozległ się za mną, sprawił że organy przewróciły się w środku mojego ciała. Serce niemal podeszło mi do gardła, kiedy odwracają się zobaczyłam sylwetkę mężczyzny, ubranego w szaro-czarny garnitur. Stał przed zamkniętymi drzwiami tarasu, z dłońmi schowanymi w kieszeniach. Jak zwykle prezentował się nienagannie. Schludnie, ze swoim idealnym ciałem i urokiem osobistym mógł zdziałać wiele.

                Długo zastanawiałam się jak będzie wyglądać ten moment. Czy to ja zobaczę jego pierwsza? Czy będziemy sami, a może otoczeni milionem oczu? Bałam się tego momentu równie mocno jak i go wyczekiwałam, odliczając dni od momentu kiedy wyjechał. A teraz? Teraz nie wiedziałam co czuję bowiem wszystkie emocje uderzyły we mnie w tym samym czasie.

                Złość, bo zdecydował się mnie zostawić samą i wyjechać na tak długi czas. Nie wysłał ani jednego listu, nie zadzwonił nawet raz jeden.

                Pragnienie by ponownie znaleźć się w jego ramionach i poczuć dobrze znane mi bezpieczeństwo i troskę, którą obdarzał mnie od zawsze.

                Strach o to czy jego uczucia uległy zmianie, czy poznał kogoś nowego, czy może o mnie zapomniał. Choć fizycznie nie postarzał się o dzień, to czy jego serce wciąż było takie samo?

                I jeszcze jedno uczucie. To, które zmusiło mnie bym – pomimo lekkiego paraliżu kończyn – postawiła krok w jego kierunku. I jeszcze jeden, i kolejny. Spotkaliśmy się na środku tarasu, nie spuszczając z siebie wzorku.

— Wyglądasz doroślej — niski, ale łagodny głos wydobył się z jego ust, które obserwowałam z przerażeniem.

— To za to nic się nie zmieniłeś — powiedziałam, czując jak mój głos drży. Nie byłam pewna czy to z zimna, czy może ze strachu.

                Mężczyzna poruszył się gwałtownie, zdejmując swoją marynarkę i zakładając ją na moje ramiona. Powietrze wokół mnie wypełnił zapach jego wody kolońskiej. Dokładnie tej samej jakiej używał wcześniej.

— Jak się masz? — spytał łagodnie, na co ja zmarszczyłam brwi, czując jak nachodzi mnie fala wściekłości.

— Jak się mam?! — uniosłam swój głos, starając się nie dać omotać spojrzeniu jego błękitnych oczu czy jego czarująco uwodzicielskiej gadce, której używał na kobietach. — Po pięciuset dwunastu dniach bez słowa, bez żadnego kontaktu, bez nawet jakiegokolwiek znaku, że żyjesz, pytasz się: jak się mam?!

                Mężczyzna odsunął się o krok do tyłu, jakby to miało mu pomóc w uniknięciu mojej furii, która teraz zawładnęła moim ciałem. Zrzuciłam z ramion ciepłą marynarkę i ponownie zrobiłam krok w jego kierunku. Nie miałam zamiaru odpuścić tak łatwo.

— Wiedziałeś, że znikasz na tak długo! Wiedziałeś, że kłamiesz mi prosto w oczy, mówiąc że niedługo się zobaczymy! Postanowiłeś mnie zostawić! Samą! — krzyczałam, a mój głos stawał się coraz to bardziej zdesperowany i żałosny. Poczułam zimno na policzkach i zdałam sobie sprawę, że to moje własne łzy, które teraz były smagane przez zimowy wiatr. — Mówisz, że wybieram samotność?! Ja wybrałam Ciebie, ale to ty mnie skazałeś na bycie samą! Ty i tylko ty!

                Zachłysnęłam się zimnym powietrzem. Mężczyzna patrzył na mnie ze spokojem i opanowaniem. Czy to już koniec? Czy tak to miało się skończyć?

— Nic nie powiesz?! — krzyknęłam raz jeszcze. — Możesz ni…!

                Nie zdążyłam dokończyć bowiem ciemnowłosy złapał mnie za talię i siłą przyciągnął do siebie. Poczułam przyjemne ciepło, rozchodzące się z jego ciała kiedy złożył na moich ustach agresywny pocałunek. Początkowo byłam w szoku, zagubiona we własnych myślach i emocjach. W końcu mnie puścił, a ja wykorzystałam tę okazję. Uderzyłam go z rozmachem jak najmocniej umiałam, słysząc przy tym znajomy plask.

                Wokół zapanowała sekundowa cisza. Błękitne oczy ponownie zwróciły się w moim kierunku, patrząc jak oddycham ciężko po tym jak jego pocałunek odebrał mi dech w piersiach.  

— Każdego z tych pięciuset dwunastu dni myślałem o Tobie, Marie — powiedział powoli. — Każdego dnia zadawałem sobie pytanie czy może już o mnie zapomniałaś, czy znalazłaś kogoś nowego. Codziennie myślałem by wrócić do domu, do Ciebie, lecz za każdym razem przypominałem sobie, że rzeczywistość wcale się nie zmieniła…  Po paru miesiącach pomyślałem, że może uda mi się zacząć nowe życie. Więc próbowałem. I próbowałem. I za każdym pojedynczym razem zdawałem sobie sprawę, że jest to niemożliwe.

                Słuchałam tych słów, nie potrafiąc wydusić z siebie żadnego odgłosu. Łzy lały się po moich policzkach jak dwa, słone strumienie.

— Ale wróciłeś — powiedziałam w końcu.

— Tak — potwierdził, obserwując mnie z opanowaniem, którego mi brakowało. Często mówiono mi, że miałam charakter po moim ojcu. To znaczy, ciężki charakter.

— Bruce i tak nie pozwoli nam być razem… — oznajmiłam.

— To prawda — ponownie potwierdził.

— …ale moje uczucia wcale się nie zmieniły.

                Na jego twarzy pojawił się ten wspaniały uśmiech, którego nie widziałam przez prawie dwa lata.

— Marie?

— Co?

— Pamiętasz jak Ci opowiadałem o śmierci Twojej matki?

                Skinęłam głową. Nigdy się do tego nie przyznałam, ale uwielbiałam słuchać kiedy ciemnowłosy opowiadał o moich rodzicach. Choć sam znał ich tylko ze swojego dzieciństwa, w jego oczach byli zakochani i szczęśliwi.

— Pamiętasz jak Ci mówiłem, że kiedy Twój ojciec zginął, ona zapadła w śpiączkę i zmarła? Po paru dniach się obudziła.

                Zmarszczyłam brwi, opanowując oddech.

— Mówiłeś, że umarła parę dni po śmierci mojego ojca, ale nigdy się nie obudziła — powiedziałam, na co on pokiwał głową.

— Tak było łatwiej — oznajmił mężczyzna. — Ale kiedy się obudziła myślała, że widzi Richarda stojącego obok niej. Mówiła do niego. Mówiła o tym jak bardzo byli szczęśliwi i że nigdy nie mogłaby żyć bez niego, bo to życie byłoby nic nie warte…

                Słuchałam tej historii, a moje serce zaciskało się coraz bardziej jakby ktoś trzymał je w pięści i próbował zgnieść.

— Chodzi mi o to, Marie — zaczął ponownie. — Chyba wreszcie rozumiem o co jej chodziło. Zdałem sobie sprawę, że moje życie jest nic nie warte bez Ciebie w nim. Więc w porządku… Bruce może być wkurzony na mnie, na Ciebie, ale nic mnie to nie obchodzi. Bo mam dość uciekania od tego uczucia.

                Zaśmiałam się przez łzy, czując ogromną ulgę.

— Ja już dawno zdałam sobie z tego sprawę — wyszeptałam, pozwalając mu się objąć. Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy. Wiedziałam, że widzę w nich o wiele więcej niż widzą inni. A on widzi to samo w moich. — Kocham Cię, Damian.

Notka od Autora

Witajcie Drodzy Czytelnicy! (woho, ale brzmię oficjalnie)

Chciałam was tylko poinformować, że kolejna notka, tj. Rozdział 59, pojawi się w tym tygodniu, prawdopodobnie środa lub czwartek, bowiem wtedy też będę PO moim egzaminie z matematyki. Jak pewnie zdążyliście zauważyć, również i to opowiadanie zbliża się ku końcowi. Nie martwcie się, wciąż jeszcze parę rozdziałów przed nami!

Oprócz tego ogłoszenia, mam również kolejne (czas na reklamę…).

Zapraszam na mojego nie-aż-tak-nowego bloga z serii RobStar, z małym miksem Ligii Sprawiedliwych. KLIKNIJ TUTAJ!

Ponadto, zapraszam też Wszystkich fanów Potter’a (a w szczególności Hermiony) na mój totalnie-odjechany-i-nowy blog KLIKNIJ TUTAJ! Historia skupia się na perspektywie Hermiony podczas 4tego roku w Hogwarcie, kiedy też odbywa się tam Turniej Trójmagiczny. Będzie się działo!

Zapraszam również do komentowania! To jest motywacja, mówię Wam… Niekiedy po prostu widzę komentarz i to sprawia, że rzucam książkę z filozofii w kąt, i zaczynam pisać ahha!

Miłego dnia! Tygodnia! Życia! :)

Rozdział 58: Raz, dwa, trzy, umierasz Ty

Zasnąłem na fotelu przy łóżku nieprzytomnej dziewczyny. Odgłos bicia jej serca rozbrzmiewał po pokoju z uspokajająco działającym efektem. Nie wiedziałem ile czasu może upłynąć zanim tak naprawdę się obudzi. Jeśli w ogóle się obudzi.

— Gar! — ze snu wyrwał mnie donośny, zdeterminowany głos. Kiedy otworzyłem oczy, drzwi do pokoju otworzyły się i stanęła w nich zdyszana Helena. Wyglądała jakby przebiegła maraton, walcząc jednocześnie o swoje życie. — Mamy kłopoty!

Jak tylko to powiedziała w wieży rozległ się odgłos znajomej syreny. Wstałem z miejsca jak oparzony i ruszyłem za ciemnowłosą po schodach. Znaleźliśmy się w salonie, gdzie Barbara i Jason pracowali nad czymś przy komputerach.

— Masz coś?! — Jason krzyknął do Barbary.

— Cholera! — odpowiedziała kobieta, nachylając swój nos w stronę monitora. — Nie potrafię namierzyć jego lokalizacji!

Obserwowałem to zamieszanie z otwartymi oczami. Spojrzałem na Helenę, która teraz pakowała krótkie strzały do swojej podręcznej torby i ewidentnie przygotowywała się do walki.

— Helena! Co się dzieje? — przekrzyczałem alarm, łapiąc ją za ramię.

— Obejrzyj wiadomości, byle szybko — wskazała na plazmę w drugim rogu pokoju. Podszedłem bliżej i zwiększyłem głośność.

Polica Jump City postanowiła właśnie wydać krótkie sprawozdanie o atakach mających miejsce jednocześnie w sześciu szkołach publicznych w śródmieściu. Sześć bomb wybuchło dokładnie o godzinie 15.00, kiedy rozbrzmiał ostatni dzwonek na lekcje. Według naszych reporterów, liczba zabitych wynosi teraz około dwustu pięćdziesięciu osób, wliczając w to dzieci. Rośnie ona jednak z godziny na godzinę i pod koniec dnia możemy oczekiwać nawet tysiąca zabitych i paru tysięcy poszkodowanych…

Nie mogłem uwierzyć, że doszło do czegoś takiego kiedy Tytani byli na służbie. Jakim cudem wszystko zaczęło się walić w tym samym czasie? Spojrzałem na zegarek. Te wydarzenia miały miejsce niecałe 20 minut temu.

                Niezidentyfikowany kryminalista pozostawił w miejscach eksplozji kartę Jokera, która policja uznała za oznakę jego premedytacji oraz osobowościowych zaburzeń psychicznych. Z tego co podają służby detektywistyczne, podobne ataki – chociaż nie na taką skalę – miały miejsce w mieście Gotham, na wschodnim wybrzeżu, gdzie niezidentyfikowany osobnik nazywający siebie ‘Jokerem’, sieje strach i spustoszenie od paru tygodni. Jego tożsamość pozostaje nieznana, chociaż istnieje również możliwość, że zamiast jednej osoby mamy do czynienia z zorganizowaną jednostką terrorystyczną. Policja stoi przed ogromną tragedią, której skutki mogą okazać się…

— Joker w Gotham — wyszeptałem sam do siebie z niedowierzaniem. — Babs! Próbowałaś kontaktować się z Brucem?!

Podwinąłem rękawy swojego kombinezonu, po czym ruszyłem w kierunku reszty Tytanów. Zauważyłem, że ponownie brakuje Cyborga, który miał być naszym liderem. Musiałem przestać być śmieszkiem i potrzebowałem stać się przywódcą.

— Nie ma potrzeby — zanim dziewczyna zdążyła mi odpowiedzieć, za moimi plecami bezszelestnie pojawiła się niska sylwetka. Odwróciłem się z podejrzeniem.

— Damian Wayne? — spojrzałem na 13-letniego chłopaka, którego nigdy nie poznałem, ale o którym wiele słyszałem z opowiadań Jasona i Barbary. Miał na sobie kostium oraz maskę Robina i wyglądał dokładnie tak jak opisali go moi przyjaciele. Może emanował tylko większą pewnością siebie. Wyglądał zupełnie jak mała kopia Bruce’a Wayna.

Jason, Babs i Helena zgromadzili się wokół niego, patrząc na wszystko z niedowierzaniem. Nikt nie spodziewał się go tutaj, szczególnie parę dni po tym jak jego przyszywany brat został zamordowany. Byłem pewien, że najmłodszy Robin również przeżył tę stratę, nawet jeżeli nie chciał się do tego otwarcie przyznać.

—Joker jest niebezpieczny — oznajmił prosto z mostu Damian. — Nie wiem co robi w Jump City, ale musi mieć w tym jakiś interes. Jest niezrównoważony i zdolny to wszystkiego. Nie ma sumienia, ale za to posiada niezwykle żałosne poczucie humoru.

Szybkie podsumowanie z ust syna Batmana rzuciło więcej światła na naszego podejrzanego, ale nie dawało żadnych prawdziwych odpowiedzi.

— Musimy go znaleźć — stwierdziła drżącym głosem Barbara, wyłaniając się zza ramienia Jasona i kierując w stronę komputera.

— To tak nie działa — powiedział ponuro Damian. — Gdyby Batman był zdolny odnaleźć tego psychopatę to już dawno by to zrobił.

— W takim razie co robimy? Nie możemy tak po prostu czekać aż…!

— Nie — uciął krótko chłopak. Był dojrzalszy niż przeciętni 13-latkowie. Było to godne podziwu, ale też niezwykle przerażające. —Skoro Joker przybył do tego miasta to musi mieć w tym jakiś cel. I coś mi mówi, że niedługo sami dowiemy o co mu chodzi…

***

                Logan, który ostatnimi czasy miewał zmiany osobowości, nakazał mi bym pilnowała naszego nowego domownika. Godzinę temu zadzwonił do nas Ryan i podzielił się szokującą informacją o tym, że ktoś może chcieć dostać w swoje ręce te niewinne stworzenie. Tutaj było jednak bezpieczne.

Weszłam do dawnego pokoju gościnnego, zupełnie nie przystosowanego do dziecka. Na środku łóżka leżał śpiący noworodek. Uniosłam brwi, widząc jak śpi słodko podczas gdy w budynku rozbrzmiewał się alarm, słyszalny nawet w tej części wieży.

Usiadłam na krześle obok, wpatrując się z nostalgią w spokojną dziewczynkę. Owinięta była kocykiem, a jej małe pomarszczone rączki obejmowały swoje kciuki. Pomimo tego, że miała dopiero niecałe dwa dni, mogłam zobaczyć że jest córką Graysona i Kori. Na główce znajdowały się chude, ciemne włoski, a jej skóra była lekko przybrązowiona.

— Twój tatuś byłby bardzo szczęśliwy — powiedziałam, uśmiechając się lekko.

Zdałam sobie sprawę z tego, że bohaterowie – nieważne jak bardzo potrzebni czy waleczni – nie mieli szans na szczęśliwe zakończenie. Ja chciałam mieć rodzinę, wielki dom z białym płotem, bezpieczną przyszłość dla moich dzieci. Chciałam by Jason był tą osobą, z która to wszystko osiągnę. A to oznaczało, że nie mogę być już tym, kim byłam teraz. Nie mogę być Tytanką, a on nie może być Tytanem. Czy historia Dicka i Kori nie nauczyła nas czegoś więcej?

Usłyszałam jak drzwi za mną otwierają się spokojnie.

— Jason? — zawołałam w słabo oświetloną ciemność, ale nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Usłyszałam kroki, spokojne i rytmiczne. Odwróciłam się powoli, Anie nie wystarczająco szybko. To był mój błąd.

— Raz, dwa, trzy którą kartę wybierasz ty? — męski głos sprawił, że przeszedł mnie dreszcz po plecach. Zanim się wyprostowałam poczułam jak silne, zimne dłonie zaciskają się na moim gardle. Odepchnęłam krzesło, lądując na podłodze pod ciężarem nieznajomego.

Świat wirował i niewiele była w stanie zobaczyć, oprócz okrutnego uśmiechu Jokera. Tak właśnie wyglądał, tak jak go opisywali. Zaśmiał się histerycznie, kiedy próbowałam odczepić jego ręce od mojego karku.

— Przekażesz moją wiadomość, kochaniutka? — zaśpiewał melodyjnym głosem, podczas kiedy mnie zaczynało brakować oddechu. Poczułam jak moja głowa staje się ciężka. Straciłam możliwość poruszania kończynami czy wydania z siebie jakiegokolwiek odgłosu.

Jedyne czego chciałam to spokojne życie z człowiekiem, którego kochałam. To życie właśnie ze mnie uchodziło. Nie byłam bohaterką. Nie byłam odważna czy nieustraszona. Byłam jednak Tytanką. I zawsze będę Tytanką.

Z myślą o życiu, którego nie miałam mieć… Z myślą o szansie, której nie dostałam. Wydałam z siebie płytki oddech i pogrążyłam się w ramionach ciemności.

***

                Skierowałam się na górę by sprawdzić co się dzieje z Babs. Siedziała już tam od jakiś 3 godzin. Może zasnęła przy dziecku. W końcu był środek nocy i nawet moje oczy się już zamykały.

Reszta Tytanów, łącznie z Cyborgiem, który przybył do wieży natychmiast jak otrzymał komunikat, siedziała teraz w salonie, nasłuchując wiadomości o jakichkolwiek śladach Jokera.

— Babs? — mój głos odbił się szeptem po przyciemnionym pokoju. Nie chciałam zapalić światła by przypadkiem nie obudzić dziecko, więc powoli poczekała aż mój wzrok przyzwyczai się trochę do ciemności.

Ruszyłam w kierunku łóżka, widząc jak cień sylwetki maluje się na krześle obok niego. Położyłam delikatnie dłoń na ramieniu kobiety i już wtedy zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak.

— Babs — mój głos z pytania przeszedł w brak tchu, kiedy drobna sylwetka osunęła się na podłogę. Spojrzałam na jej twarz, ledwie widoczną w tym świetle. Otwarte oczy zamarzły ze strachem w źrenicach, wpatrzone w daleką i niewidoczną przestrzeń. Poczułam jak moje płuca stają się ciężkie z każdym krokiem który wzięłam by dostać się do włącznika. Zapaliłam światło, powstrzymując się przed wydaniem z siebie żałosnego krzyku.

— Nie, nie, nie, nie — spojrzałam z niedowierzaniem ponownie na jej figurę. Wciąż była tak samo martwa jak minutę temu. To nie był sen.

Spojrzałam na łóżko, na którym teraz znalazł się tylko pusty kocyk. Dziecko zniknęło. Moje kolana załamały się pode mną. Oparłam się plecami o ścianę, próbując się uspokoić. Helena, to nie jest czas na panikę. Oni cię potrzebują. Jason Cię potrzebuje. Tytani… Ale czy wciąż byliśmy Tytanami? Teraz, kiedy zupełnie wszystko popadło w ruinę?

— Helena! — wołający mnie z dołu głos Gara wyrwał mnie z zamyślenia. Poczułam jak łza leje się po moim policzku. Na schodach rozeszły się kroki, ale nie miałam odwagi by wstać na własne nogi.

— Helena, wszystko w po…? — głos zbliżył się do pokoju, a drzwi uchyliły się szerzej. Poczułam czyjś dotyk na moim ramieniu. — Hel, co się…?

Urwał w połowie, widząc jak patrzę na leżące na ziemi ciało. Barbara nie żyła.

— O nie — jego głos stał się słaby i beznadziejny. Poczułam jak zaciska swoją dłoń na moim ramieniu. —Co tu się stało? Gdzie jest dziecko?

Gdybym tylko znała odpowiedzi na te pytania. Może gdybym przyszła parę minut wcześniej. Pokręciłam głową bez wyrazu.

— Ludzie, co wy tam wyrabiacie!? — kolejny głos doszedł nas z dołu. Gar pociągnął głośno nosem. Ani ja, ani on nie byliśmy w stanie przekazać tej wiadomości Jasonowi. Zielony mężczyzna poderwał się z kolan i stanął wyprostowany.

— Jason — zawołał, starając się brzmieć silnie.

Na schodach rozeszły się kroki. Z moich oczu zaczął teraz płynąć szeroki strumień łez.

— Co wy tu… — jego głos urwał się w połowie. Schowałam głowę w kolanach, nie będąc w stanie sobie z tym poradzić. Powinnam być silna, ale w tej sytuacji straciłam już zbyt wielu przyjaciół. — Nie.

Gar złapał ramię ciemnowłosego, który wpatrywał się przez chwilę w leżące do nas plecami ciało swojej ukochanej. Jej włosy rozrzucone były po podłodze, a jedna ręka nienaturalnie zgięta.

— Babs, nie, nie, nie, nie — jego głos nabierał na sile, a ja chciałam go nie słyszeć. Nie mogłam widzieć tego aktu desperacji, a jednak nie mogłam się powstrzymać przed patrzeniem jak Jason podbiega do ciała i bierze je gwałtownie w swoje ramiona. — Błagam Cię, Babs, powiedz coś!

Zaszlochałam gwałtownie. Gar złapał mnie za swoją dłoń. Na jego policzkach również pojawiły się łzy. Todd wył teraz niemiłosiernie, raz po raz starając się wybudzić martwą Tytankę. Było już za późno.

— Gar, zrób coś! Helena, pomóż mi! — nigdy nie widziałam go w takim stanie. Jedną dłoń wplótł w rude włosy kobiety i przytulił ją do swojej piersi. Na jego gwarzy pojawił się grymas, a szloch stał się raczej konwulsyjnym krzykiem. Nie mogłam tego słuchać. Nie mogłam na to patrzeć.

Gar puścił moją dłoń i podszedł w jego kierunku. Ze łzami w oczach złapał go za ramię.

— Już nic nie możesz zrobić, Jason — powiedział łagodnie. Jedną dłonią zamknął zamrożone oczy kobiety. — Pozwól jej odejść…

Todd wydawał się nie słyszeć. Otworzył usta w beznadziejnym wyrazie bezsilności. Objął mocniej martwą sylwetkę kobiety.

Gar zostawił go w spokoju. Oboje wiedzieliśmy, że jedyną rzeczą jaka mogła to naprawić, był czas. Zanim jednak Zielony całkowicie się oddalił, jego wzrok padł na coś na krześle obok. Zmarszczył brwi i wziął do ręki pojedynczy świstek papieru. Dopiero po chwili spostrzegłam, że nie jest to tylko papier.

Miodowe oczy zamarzły na karcie do gry, obracając ją w palcach. Momentalnie jego usta zacisnęły się w cienką linię, a druga dłoń uformowała groźnie pięść.

— Joker — zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, chłopak wyleciał w pokoju jak błyskawica. Pobiegłam za nim po schodach, potykając się przy tym, bo łzy zasłoniły mi widok. Weź się w garść, Helena. Potem będziesz miała czas na opłakiwanie.

Przetarłam kątem rękawa oczy, po czym wleciałam do salonu, gdzie Cyborg i Damian oglądali wiadomości.

— Joker tu był — oznajmił szybkim tonem Gar, pokazując im kartę. Oboje rzucili nam podejrzane spojrzenia.

— Co?! Gdzie jest dziecko? — Damian skoczył na równe nogi, zupełnie jakby jego życiowym celem stała się obrona tego maleństwa.

— Zabrał je ze sobą — powiedział Gar, bo ja nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. Wzrok Vic’a padł na moją opuchniętą twarz.

— Przecież Barbara miała jej pilnować — krzyknął ze złością młody Wayne. Vic natomiast zrozumiał natychmiast co się stało.

W pokoju zapanowała cisza, podczas której wzrok Damiana wędrował po naszych osobach. Nie byłam w stanie mu spojrzeć w oczy. Po paru sekundach chłopak zrozumiał. Przełknął głośno ślinę.

— Zabiję tego skur…  — zaczął, ale zanim dokończył jego wzrok padł na kartę. Jego oczy skupiły się na małym tekście wypisanych w jej kącie. — To są współrzędne.

— To musi być jakaś pułapka — oznajmił otwarcie Gar. — Dostał dziecko, czego jeszcze chce?

— Chwila — Damian zmarszczył brwi. — Kto dostał dziecko?

Gar postanowił mu wytłumaczyć, bo parę godzin temu otrzymał telefon od brata Kori z niewiarygodną informacją.

— Ryan, brak Kori, przehandlował jej wybudzenie ze śpiączki za jej dziecko — powiedział zwięźle. Młodemu Waynowi prawie opadła szczęka — niejakiemu Napierowi.

— Napier… — powtórzył za zamyśleniem chłopak. Jego oczy momentalnie się rozszerzyły. — Nie wierzę! Parę miesięcy temu pojawił się u nas w rezydencji. Chciał rozmawiać z Brucem. To było w okolicy czasu kiedy Joker zaczął siać swój chaos!

Teraz wszystko nabrało sensu.

— Podobno ma współpracownika — dodał Gar. — Nie wiemy do czego jest tak naprawdę zdolny. Nie możemy ryzykować. Już zbyt wiele straciliśmy…

— Nie — niski i zdeterminowany głos dobiegł nas ze schodów.  Wszystkie głowy zwróciły się w stronę Todd’a, który miał na sobie swój kostium i maskę. — Dopadniemy tego drania. A potem sam osobiście ukręcę mu łeb.

Rozdział 57: Stan krytyczny

— Nie poprawia jej się — słowa Jasona brzmiały sucho, ale wyczułam w nich smutek i żal. Oboje spojrzeliśmy zza szklanego okna do pokoju, w którym leżało bezwładnie ciało rudowłosej kosmitki.

— Nie może tak po prostu… — zaczęłam, ale mój głos się załamał. Poczułam jak mój przełyk robi się wąski. Jason objął mnie mocno, przytulając mnie do swojej piersi. — Nie teraz — pociągnęłam nosem — kiedy Richard…

Mój szloch rozległ się po pomieszczeniu.

— Już dobrze — Todd próbował mnie pocieszyć, ale niewiele do dawało. W końcu odkleiłam się od niego i przetarłam czerwone oczy, ponownie wkładając na nos okulary.

Wzięłam parę głębokich wdechów.

— Co powiedział lekarz? — spytałam.

— To samo, co już wiemy — oznajmił. — Jej stan jest stabilny, ale z jakiegoś powodu się nie budzi. Zupełnie jakby ponownie zapadła w śpiączkę.

— Co z Ryan’em? Przecież ostatnim razy to oni znaleźli wyjście by ją obudzić — złudna nadzieja krążyła w moich myślach, ale wiedziałam, że Jason u Gar już dawno to przemyśleli. Gdyby Ryan znalazł lekarstwo to Kori już dawno byłaby przytomna.

Red Hood westchnął cicho.

— Może to nie o to chodzi — stwierdził ze smutkiem. — Może ona po prostu nie chce się obudzić?

— Jak możesz tak mówić?! — zapiszczałam. — Przecież ma dziecko! Dziecko Richarda, które potrzebuje matki!

Jason zachował spokój.

— Chciałbym być pewien, że tam w środku Kori walczy — oznajmił. Spojrzał mi głęboko w oczy. — Ale gdybym ja wiedział, że straciłem miłość mojego życia to najpewniej bym tego nie robił…

To tylko przysporzyło mi łez, które szybko opadały po moich policzkach. Wtuliłam się w tors mojego chłopaka, pociągając głośno nosem.

— Kocham Cię, Jason — powiedziałam, a on delikatnie złożył mi pocałunek na czole.

— Ja Ciebie też, Babs.

***

— Kom, mówiłem Ci sto razy — zacząłem, przewracając z rozdrażnieniem oczami. — Nie mam pojęcia gdzie jest Napier. Wydaje się, że rozpłynął się w powietrzu!

Po pierwsze, jego ostatnia wizyta wyrwała naszą siostrę ze śpiączki, ale za to nie obeszła się bez swojej ceny. Ceny, którą w końcu ja i Kom musieliśmy zapłacić. Po drugie, naprawdę nie miałem zielonego pojęcia gdzie ten lekarz się podziewał. Sprawdziłem w bazie danych. Nikt nigdy o nim nie słyszał.

— Przecież nie dostał od nas tego, czego chciał —fioletowe oczy Kom zalśniły nienawiścią kiedy przypomniała sobie o układzie. To ona upierała się by nie zawierać z nim tamtej umowy, by mu nie ufać. Wiedziała, że Kori by nas za to znienawidziła. Ale czy miało to teraz jakiekolwiek znaczenie? Teraz, kiedy Grayson zginął? — W końcu musi się z nami skontaktować.

— A wtedy co? — nie spotkała mnie żadna odpowiedź, więc kontynuowałem. — Myślisz, że znowu nam pomoże? A z resztą… Naprawdę chcesz to zrobić? Oddać mu jedyną rzecz, która pozostała Kori po miłości jej życia? To jest przecież handel dzieckiem!

— To ty się na to zgodziłeś, Ryand’r — wycedziła, z trudem kontrolując swoją złość. Miała racje, ale koniec końców oboje podjęliśmy tą decyzje. Napier chciał tamarańskiego dziecka naszej siostry, więc miał je od nas dostać. W zamian za to uzdrowił Kori. Życie za życie.

— Nie próbujmy zwalić winy. Decyzja zapadła i nie możemy już tego zmienić. Zapomnij o tym człowieku, Kom — powiedziałem ze smutkiem. — On na pewno nie pomoże naszej siostrze.

— Ale…

— Przestań — uciąłem krótko. Z reguły to a byłem tym wesołkiem, ale teraz nie było mi do śmiechu. Moja siostra była nieprzytomna, jej narzeczony martwy, a dziecko zostało same. — Musimy powiedzieć o tym Loganowi i reszcie Tytanów.

— Oszalałeś?! — Kom uniosła swój głos. Jej krótko przystrzyżone, Czerne włosy zapłonęły jasnym płomieniem. Szybko jednak się opanowała. — Przecież potępią nas jeżeli dowiedzą się na jaki układ się zgodziliśmy!

— Zrozumieją — zaprzeczyłem. — Co, jeśli Napier zechce dostać dziecko Kori w swoje łapy? Nie możemy pozwolić by coś się stało najmłodszej i możliwie ostatniej istocie, w której płynie nasza, tamarańska krew. Jesteśmy winni jej przynajmniej tyle.

Kom umilkła, po czym wolno skinęła głową.

— Wracamy do Jump City? — spytała.

— Tak — odpowiedziałem.

Nieważne jak bardzo byliśmy zawstydzeni naszą postawą, musieliśmy naprawić błędy przeszłości. Dla Kori. I dla naszej siostrzenicy.

***

— To nie Twoja wina, Vic — słodki głos Harley próbował podnieść mnie na duchu.

Siedzieliśmy u niej w mieszkaniu, gdzie teraz trzymałem też sporą ilość moich rzeczy. Było ciężko. W momencie kiedy Grayson przestał być liderem i zamknął się w swoim pokoju, przejąłem kontrolę nad Tytanami. Tak przynajmniej mi się wydawało, bo wczoraj zawiodłem ich wszystkich.

— Może gdybym tam był… — zacząłem, opuszczając moją głowę nisko. Musiałem wyglądać jak wrak człowieka, ale w końcu tak się właśnie czułem.

— Nie mogłeś nic zrobić — zapewniła mnie dziewczyna. — Nikt nie mógł.

Wydawała się być taka pewna, a przecież nawet jej tam nie było. W pewnym sensie dawało mi to komfort. Dobrze, że przy mnie była.

Jej ręka powędrowała na moje plecy, głaszcząc mnie delikatnie.

— Vic? — zagadnęła nagle, zupełnie niespodziewanie. — Co zrobiliście z ciałem? Chodzi mi o… Kiedy będzie pogrzeb?

Spojrzałem na nią z wahaniem. Trochę dziwne pytanie jak na taką okoliczność, zwłaszcza że blondynka nie znała Graysona.

— Jak tylko skończą sekcję to nas zawiadomią — odpowiedziałem.

— Sekcję? — wydawała się być zaskoczona.

Wyprostowałem swoją sylwetkę i uniosłem jedną brew, patrząc na nią z podejrzeniem.

— Przepraszam, że tak Cię męczę — Harley chciała się usprawiedliwić. Posłała mi swój niewinny uśmiech, po czym wstała z kanapy i dała mi buziaka. — Muszę lecieć na próbę. Wrócę za parę godzin.

Wcześniej nie mówiła mi nic o żadnej próbie, ale może nie chciała mnie martwić. I tak miałem już dużo na głowie.

Bałem się spojrzeć w twarz mojej drużynie. Straciliśmy Richarda. A Kori… Ona była na krawędzi.

***

— Nie.

Tak jak też się tego spodziewałem. Założyłem dumnie ręce na piersiach, przykrywając tym samym literę ‘R’ na moim kostiumie. Stanąłem przed Batmanem z zaciętym wyrazem twarzy.

— Dlaczego?

Wysoki mężczyzna w pelerynie westchnął głośno.

— Masz dwanaście lat — zaczął od standardowego argumentu.

— Trzynaście — poprawiłem go z gniewnym wyrazem. — I walczę równie dobrze jak ty.

— Na nic się tam teraz nie przydasz — kolejny argument obił się echem o ciemny zaułek, w którym dopiero co rozłożyliśmy na łopatki dwójkę kieszonkowców.

— Tutaj też nie — wskazałem ze znudzeniem na nieprzytomnych mężczyzn, którzy teraz już tylko czekali aż policja zamknie ich za kratkami.

Batman patrzył na mnie, zastanawiając się co jeszcze mógłby wymyślić.

— Daj spokój, Bruce! — jęknąłem głośno. — Przecież im tam nie zaszkodzę! Z resztą, za parę dni i tak będziemy musieli pojechać do Jump City.

Miałem na myśli pogrzeb. Póki co wiedzieliśmy tylko, że Graysonowi urodziła się córka, ale on sam został przekłuty ostrzem Trigona. Co do Kori… Na jej wspomnienie moje serce zadrżało. Nie widziałem jej od prawie pół roku, ostatnim razem było to na Świętach. Była wtedy taka szczęśliwa i pełna życia. A teraz znów… Naprawdę chciałem przy niej teraz być i szczerze współczułem jej straty. Nieważne jak bardzo udawałem moją nienawiść do Graysona to… Był z niego przyzwoity człowiek.

— Alfred zawiezie Cię rano na lotnisko — powiedział w końcu Batman, wskakując zwinnie na linę zwisającą z dachu budynku.

Kiedy tylko odwrócił się do mnie plecami, na moich ustach pojawił się uśmiech.

***

          — Nie bój się — czyjś stoicki głos wyrwał mnie z szalonego snu. Spadałem w dół, otoczony tunelami we wszystkich kolorach. Barwy migały przed moimi oczyma, ale dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że to tylko iluzja, a powieki przykrywają moją wizję.

Wszystko się nagle zatrzymało. Zapanowała ciemność. Otworzyłem oczy. Znalazłem się w wielkim pokoju, otoczony czterema ścianami w odcieniu czystej bieli.

— Nie bój się —  Na opalonej twarzy malował się łagodny, uspokajający uśmiech. Ubrana była w białą, przewiewną sukienkę, podkreślającą opalony kolor jej delikatnej skóry. Czerwone usta, idealne rysy twarzy i te wielkie, szmaragdowe oczy. Wyglądała jak anioł. Wyglądała jak…

— Kori — mój głos odbił się echem jak tylko zdałem sobie sprawę, że przede mną znajduje się moja narzeczona.

Zamiast odpowiedzi uśmiechnęła się do mnie uroczo.

— Kori, gdzie my jesteśmy? Co to za miejsce? Ja… — mój głos wydawał się zagłuszać idealną ciszę i harmonię tego miejsca.

— Shhh — dziewczyna przyłożyła palec do ust, nakazując mi przestać pytać. — To nieistotne. Wszystko będzie dobrze.

— Ale co z naszym dzieckiem? Co z naszą córką? — przypomniałem sobie wszystkie wydarzenia. Sztylet w moim ciele. Uchodząca dusza. — Ja nie żyję.

Machinalnie dotknąłem swojego ciała. Spojrzałem na swoje dłonie. Wszystko wydawało się być normalne, ale nie zmieniało to faktu, że coś się nie zgadza.

Śmiech Kori rozległ się po pomieszczeniu.

— Nie, głuptasie — zachichotała dyskretnie.

Spojrzałem na tę niewinną i uroczą istotę, które wydawała się taka spokojna. Jakby nic się nie stało. Jakby nic się nie zmieniło.

— Kori, gdzie ja jestem?

Zacząłem się zastanawiać. Niebo? Piekło? Cokolwiek pozaziemskiego? Rudowłosa spojrzała na mnie, przestając się śmiać. Jej głos świdrował moje ciało. Chciałem ją raz jeszcze dotknąć. Zrobiłem krok w jej kierunku, kolejny i kolejny. Dystans, który nas dzielił wcale się nie zmienił.

— Dick? — Kori spoważniała. — Musisz mi coś obiecać, w porządku?

Zmarszczyłem czoło, ale ostatecznie skinąłem głową.

— Cokolwiek zechcesz.

— Musisz mi obiecać, że będziesz walczył, że się nie poddasz — powiedziała. — Dla mnie. Dla naszej córki.

Poczułem, że coś w scenerii się zmienia. Nie było już tak spokojnie, a biel wyblakła, ustępując powoli miejsca ciemności. Kori odwróciła się za siebie ze strachem w oczach.

— Co się dzieje? Kori! — krzyknąłem, rzucając się przed siebie, lecz ponownie, bieg czy moje wysiłki zdały się na nic.

— Nadchodzi — wyszeptała.

— Kto, Kori? O co chodzi?! — ściany zdawały się zawężać, pożerać jasność i spokojną atmosferę. Poczułem jak zło muska moje ciało.

Nasze spojrzenia się spotkały.

— Obiecaj mi, Dick! — nagle ciemność pożarła sylwetkę Tamaranki, która zniknęła, zanurzona w niej jak w głębi oceanu.

Poczułem, że spadam. Zamknąłem oczy, czekając na to, co miało nastąpić.

— Obiecuję, Kori.

Rozdział 56: W imię miłości

4 miesiące później, Gotham

— Gar! — Helena po raz kolejny się na mnie wydarła, a ja zakryłem szybko moje czułe uszy, który wychwytywały odgłosy o wiele wyraźniej. — Miałeś z nim wczoraj porozmawiać! Właściwie miałeś to zrobić w zeszłym tygodniu, ale wtedy też stchórzyłeś!

Przewróciłem oczami, opadając z wydechem na fotel we wspólnej Sali. Od czasu zniknięcia Kori wszyscy jakoś stracili zapał do robienia czegokolwiek. Wciąż chroniliśmy to miasto, ale to nie było już to samo.

— Myślisz, że łatwo jest poinformować Twojego najlepszego przyjaciela, który stracił miłość swojego życia i swoje nienarodzone dziecko, że mamy zamiar wyjechać z miasta i już nigdy tutaj nie wrócić?! — starałem się zachować spokój, ale nie potrafiłem tego wszystkiego w sobie trzymać.

Helena spojrzała na mnie ze współczuciem.

— Grayson musi się w końcu z tym pogodzić i ruszyć dalej — powiedziała łagodniej, siadając na oparciu obok mnie. — Tak jak my to zrobiliśmy.

— Kiedy ostatnio go widziałaś? — spytałem, bo sam unikałem go jak ognia. Mężczyzna wydawał się stracić zmysły. Jego pokój zmienił się w chaos, a on sam nigdy go nie opuszczał. Z nikim nie rozmawiał, albo odpowiadał półsłówkami, zupełnie nieobecny.

— Parę dni temu kiedy w nocy znów wyszedł na dach wieży — oznajmiła ciemnowłosa. — Chyba wciąż trzyma się nadziei, że ona sama tutaj wróci.

— Trigon jest potężny — stwierdziłem. — To musiałby być cud. O ile wciąż jeszcze są na Ziemi. Równie dobrze mogliby zniknąć w kosmosie i ślad by po nich zaginął.

Traktowałem Kori jak siostrę. Była dla mnie najlepszą przyjaciółką od czasów przedszkola i nie mogłem sobie wybaczyć, że to ode mnie się to wszystko zaczęło. To ja zadzwoniłem do niej z prośbą o dołączenie do SHIELD’a. Gdyby nie to miałaby teraz wspaniałe i bezpieczne życie.

Westchnąłem głęboko.

— Porozmawiam z nim — powiedziałem, a dziewczyna posłała mi łagodny uśmiech. Ucałowała mnie w policzek, po czym pozwoliła wyjść z pokoju.

Specjalnie spowalniałem swój chód, ale w końcu musiałem znaleźć się przed pokojem lidera. No cóż, byłego lidera. Od miesięcy nie brał udziału w żadnej akcji, pozwalając by to Cyborg przejął kontrolę. Co do Jasona, to po akcji z Ryanem nie zaszczycił go nawet spojrzeniem, obwiniając go za to, że nie odnalazł Kori.

— Richard? — zapukałem dwa razy, ale nikt mi nie odpowiedział. Powtórzyłem tę akcje, ale w końcu zostałem zmuszony by sam otworzyć drzwi i wejść do środka. Panowała tu całkowita ciemność, chociaż był dopiero środek dnia. Wyostrzyłem swój koci wzrok, próbując namierzyć sylwetkę Graysona.

Po chwili czyjaś dłoń odepchnęła mnie w kierunku drzwi, przygniatając do ściany.

— Mówiłem, żebyście dali mi święty spokój — warknął, puszczając mnie przez co opadłem na ziemię. Spojrzałem na wrak człowieka stojący przede mną. Jego policzki się zapadły, oczy straciły blask, otoczony fioletowymi worami, a broda chyba nie została zgolona od tygodni.

— Muszę z Tobą porozmawiać — powiedziałam, z trudem opanowując kaszel. Wstałem wyprostowany na równe nogi. Chociaż Richard wyglądał mizernie, wciąż zachował swoją siłę i spryt. — Helena i ja wyjeżdżamy z Jump City.

Cisza. Odczekałem parę sekund, ale na jego twarzy nie pojawił się nawet przebłysk emocji.

— Potrzebujemy chwili oddechu od tego całego… — próbowałem znaleźć odpowiednie słowo, ale nic nie przyszło mi do głowy Bałaganu? Chaosu? Rozczarowania Tytanami? — Po prostu potrzebujemy przerwy.

Mężczyzna patrzył na mnie bez emocji.

— Dobra — rzucił tylko, po czym odwrócił się do mnie plecami.

Nie wytrzymałem, tym razem naprawdę mnie wkurzył.

— Dobra?! — krzyknąłem za nim. — Tylko tyle masz mi do powiedzenia po tylu latach współpracy?! Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi! Kori też była moją przyjaciółką! Była moją rodziną! Myślisz, że ty jeden cierpisz po jej stracie?!

Nie spodziewałem się tak agresywnej reakcji. Jednym susem mężczyzna doskoczył do mnie, ponownie przygwożdżając mnie do ściany. Jego niebieskie oczy były pozbawione jakiegokolwiek współczucia. Widziałem w nich jednak żal.

— Ona była wszystkim co miałem — syknął, jakby wypluwał z ust truciznę. Poczułem jak tracę oddech, machając nogami oderwanymi od podłoża. Grayson zdawał się zorientować co robi i szybko odskoczył ode mnie, patrząc na swoje dłonie jakby nie należały do niego. Spojrzał w moim kierunku — Wyjedźcie stąd póki jeszcze macie szansę na szczęście.

Zakaszlałem donośnie. W życiu nie spotkałem jeszcze tak rozbitego człowieka. Nie mogłem być nawet na niego więcej wściekły.

Nagle drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem, niemal uderzając mnie w twarz. Na szczęście zdążyłem je zatrzymać dłonią.

Do środka wparowała Barbara, która obrzuciła moje kucające ciało zdziwiony spojrzeniem, po czym popatrzyła na Graysona z wymownym spojrzeniem, w którym rozbłysły iskierki. Tamten natychmiast ruszył w jej kierunku.

— Chodzi o Kori — jego głos zadrżał, a w oczach pojawiły się ślady łez. Barbara kiwnęła głową, pozwalając sobie na pociągnięcie nosem.

— Ryan nawiązał z nią połączenie!

***

          W końcu ten dzień musiał nadejść. Dziecko miało urodzić się dzisiejszej nocy. Poczułam jak woda spływa po moich nogach i natychmiast naszedł mnie atak paniki. Co gdy Trigon się dowie, a dowie się na pewno?

— Tylko nie teraz — próbowałam się uspokoić, ale nic to nie dało. Usiadłam na wygodnym łóżku w swojej izbie. Demon może i nie miał serca ani odrobiny współczucia, ale chciał by to dziecko urodziło się zdrowe. Zapewnił mi wyjątkowo dobre warunki do życia. Pozbawiona byłam wolności, ale przynajmniej żyłam. Od jakichś 3 miesięcy mieszkałam w swoim starym domu, który dzieliłam niegdyś z Royem, w którym zdałam sobie sprawę, że kocham innego. Tyle wspomnień, a jednak teraz to miejsce było tylko więzieniem.

Poczułam jak dziecko kopie, mogłam wyczuć ten ruch pod moją dłonią. Wywołało to przypływ radości, ale tak naprawdę nie miałam się z czego cieszyć. Jak tylko dziecko przyjdzie na świat spotka się ze złem i cierpieniem, bowiem Trigon zniszczy wszyscy co w nim, albo w niej, będzie dobre. Zniszczy część moją i Richarda tak, że pozostanie tylko suchym stworzeniem bez duszy. I ta wizja właśnie bolała mnie najbardziej.

Zacisnęłam mocno zęby, czując jak pot pojawia się na moim czole, kropelkami opadając po twarzy. Zagłuszyłam krzyk bólu w poduszce. Błagałam w myślach by ktokolwiek mi teraz pomógł.

***

 — Ryan, powtórz raz jeszcze co widziałeś! — mój głos brzmiał jak rozkaz, bardzie niż prośba. Tym razem jednak nie mogłem dać tej szansie uciec. Minęło sto dwanaście dni i miałem dość czekania na cud.

— Wyglądało to na jakiś… Nie wiem… Hotel? Może apartament albo rezydencja — jego głos przejawiał wątpliwości, ale nawet to było lepsze niż to, co miałem jeszcze godzinę temu. — Chwila…

Po drugiej stronie telefonu zapanowała cisza i mogłem słyszeć jedynie przyspieszony oddech Tamarańczyka. Szeptał jakieś niewyraźne słowa.

— Ryan! — wyrwałem go z tego transu. Barbara posłała mi szybkie spojrzenie, ale odwróciła wzrok po sekundzie, nie chcąc wchodzić mi w drogę.

— Już wiem gdzie ona jest!

— Gdzie?! — ściskałem teraz telefon tak mocno, że bałem się że zaraz rozpadnie się w mojej dłoni.

— Tam, gdzie to wszystko się zaczęło — odpowiedział tajemniczo, ale ja już wiedziałem. Oczywiście, Trigon nie mógł tak po prostu przepuścić okazji do bawienia się ze mną w tą chorą grę.

— Jest w swoim starym mieszkaniu — oznajmiłem, niemalże rzucając aparatem w kąt pokoju. Jason pozbierał go z ziemi i powiedział coś szybko Ryanowi.

— Zawiadomcie Cyborga! — rzuciłem agresywnie, bez oglądania się za siebie.

— Dick! — usłyszałem zdesperowany głos Garfielda. Może zmienił zdanie o odejściu z Tytanów? Nie miało to już żadnego znaczenia.

Chudy mężczyzna biegł za mną, kiedy wyparowałem z wieży. Skierowałem się do swojego motocykla, ale on zdążył stanąć mi na drodze zanim odpaliłem silnik.

— Odsuń się z mojej drogi, Logan albo za pięć sekund zostanie z ciebie tylko zielone gówno — rzuciłem przez zaciśnięte zęby, ale on nie wziął tego do siebie.

— Już raz poszedłeś sam stawić czoła Trigonowi — zaczął, przywołując bolesne wspomnienia mojej porażki. — Naprawdę chcesz zaryzykować i tym razem?

Musiałem mu przyznać rację. Może i byłem silny, ale sam nie miałem po co tam iść. Trigon chciał mojego dziecka, porwał moją ukochaną i tym zasłużył sobie na śmierć.

— Wsiadaj — rzuciłem do niego, a on założył ręce na klatce piersiowej.

— Wolę polecieć — w ułamku sekundy pojawił się przede mną zielony kruk, który ruszał agresywnie skrzydłami. Wydał z siebie głośny odgłos po czym wzbił się w powietrze. Ten czas pozwolił by Barbara, Jason oraz Helena (ta z wyjątkowo niezadowoloną miną) wpakowali się do samochodu i również ruszyli na ratunek Kori.

Cała drużyna znowu w komplecie.

W niecałe 10 minut, blokując cały ruch na autostradzie, znaleźliśmy się na osiedlu, w którym Kori mieszkała parę lat temu. Chociaż był luty, słońce wychodziło zza chmur, ocieplając całą scenerię, i tak już wyglądającą sielankowo.

Oczywiście wparowałem do środka jako pierwszy, jednak reszta podążała za mną jak cienie. Wywarzyłem drzwi i natychmiast usłyszałem kobiecy krzyk, na którego dźwięk serce podeszło mi do gardła.

— Kori! — ryknąłem na cały budynek, rzucając się na schody, by dotrzeć do źródła głosu. Tamten jednak ucichł, a wokół zapanowała sztuczna cisza.

— No proszę — przede mną zmaterializowała się sylwetka Trigona. Wyglądał dokładnie tak jak wcześniej, dzikość i szaleństwo pojawiły się w jego spojrzeniu. Zacisnąłem zęby, czując jak ktoś kładzie mi ramię na bark byle by mnie powstrzymać od zrobienia czegoś głupiego. — Nie spodziewałem się, ze po tylu miesiącach uda Wam się mnie odnaleźć.

— Gdzie. Ona. Jest — wysyczałem, ale on zaśmiał się donośnie.

— Masz na myśli Twoją dziewczynę czy może… — pstryknął palcami w powietrzu, a w ułamku sekundy w jego ramionach pojawiło się zawiniątko. Dziecko nie płakało, ale obserwowało wszystko z zainteresowaniem. — Ją?

Spojrzałem na jej twarz. Okrągła, nie tak blada jak moja, ale też nie tak opalona jak Kori. Jej oczy były wielkie, chłonęły teraz wszystko co ją otaczało, ale ich kolor był dokładnie taki jak mój. Małe, czarne włoski kleiły się do jej główki. Jedyne czego chciałem to móc potrzymać ją w swoich ramionach. Jednak zanim zrobiłem krok do przodu, Trigon ponownie pstryknął palcami i noworodek zniknął.

— Wolałbym chłopca żeby oddać mu moje dziedzictwo, ale tam mała na pewno skrywa w sobie wielki potencjał — powiedział. Tego już nie wytrzymałem

— Tytani! — krzyknąłem głośno, sam gnając do przodu i rzucając się na Trigona. Nasze ciała zderzyły się z siłą odrzutu. Wycelowałem chmurę ciosów w jego stronę, a w tym samym czasie Gar i Helena walczyli z nim z dwóch innych stron.

Na jednej ze ścian wisiały dwa samurajskie miecze, więc wyciągnąłem jeden, kierując go w stronę demona. Tym razem nie miałem zamiaru przegrać.

— Jest mój! — krzyknąłem w kierunku reszty, a oni widząc mój zapał i chęć zemsty, odsunęli się na parę metrów. — Znajdźcie Kori!

Tytani rozproszyli się po domu, zostawiając mnie i Trigona samych na środku korytarza. Mężczyzna wydawał się spokojny, ale nie mógł umknąć mi fakt, że z jego nosa ciekła teraz krew. Dało mi to niemałą satysfakcję.

— Zakończmy to — warknąłem an niego, kierując miecz przed siebie. W jego dłoni zmaterializowała się ciemna katana. — Raz na zawsze.

Walka rozpoczęła się jak tylko wymówiłem te słowa. Trigon rzucił się na mnie, używając swoich magicznych sztuczek by oszukać moją intuicję. Ale tym razem byłem gotowy. Zadałem mu cios w ramię, a on syknął donośnie, upadając na kolana. Złapał się za bok, a jego miecz zniknął z jego dłoni.

— Lepiej się czujesz, Grayson? — zapytał z uśmiechem, kiedy zbliżyłem się do niego z bronią przyłożoną do jego gardła.

— Zdecydowanie — odpowiedziałem, czerpiąc satysfakcję z mojej przewagi. — Dostaniesz to na co zasłużyłeś.

Uniosłem miecz by zabrać zamach, po czym płynnym ruchem wbiłem go w ciało mężczyzny, tuż przy sercu. Najpierw poczułem błogość, uczucie przepełniające mnie od środka. Dopiero po paru sekundach zorientowałem się, że nie tylko ja zadałem ostateczny cios. Uśmiech Trigona zamarł na jego twarzy, a szaleństwo nie znikło z żadnej pary jego podwójnych oczu.

— Chyba jesteśmy kwita — wyszeptał, po czym upadł przed siebie. Spojrzałem w dół, widząc jak ciemne, przesycone czarną magią ostrze, tkwi pomiędzy moimi żebrami. W tym momencie rozpłynęło się w powietrzu, ale rana nie znikła. Straciłem możliwość panowania nad swoim ciałem. Złapałem się za krwawiące miejsce, po czym upadłem na kolana.

— Dick?! — rozpoznałem ten głos. Wydobywał się w korytarza przede mną. W rozmytym pokoju zauważyłem cień ognistych loków oraz zarys kobiety, ledwo trzymającej się na nogach. Opierała się o dwie inne sylwetki, ale w momencie kiedy mnie zauważyła rzuciła się do przodu. — Grayson, nie rób mi tego! Proszę! Nie zostawiaj mnie! Nie teraz!

Jej słowa znaczyły dla mnie więcej niż mógłbym to sobie wyobrazić. Wiedziałem od pierwszego dnia, że to dla niej żyję. I za nią mogłem też umierać. Poczułem jak jej ciepła dłoń dotyka mojej rany. Nie mogła już nic z tym zrobić. Osunąłem się w dół, swobodnie otoczony przez jej ramiona.

Raz jeszcze spojrzałem w jej oczy. Zielona poświata wydawała się błyszczeć pod grubą pokrywą łez. Uniosłem dłoń by dotknąć jej policzka.

— Dziękuję — wyszeptałem, ale nie mogłem być pewnie czy to usłyszała. Zwykłe słowa nie mogły okazać mojej wdzięczności czy miłości.

— Błagam Cię, Richard, zostań ze mną! — krzyknęła, po czym jej krzyk rozległ się na resztę pokoju, w którym teraz zgromadziła się cała banda Tytanów. Wszyscy byli przy mnie, obserwując jak odchodzę raz na zawsze. — ZRÓBCIE COŚ!

— Shhhh — wyszeptałem, dotykając jej delikatniej skóry. Chciałem by ten moment trwał wiecznie. — Wybacz mi, Kori.

— To wszystko moja wina — załkała dziewczyna, ale ja uśmiechnąłem się delikatnie. — Gdyby nie ja to nic takiego by się…

— Nasz córka — przerwałem jej, a ona zaśmiała się przez łzy.

— Ma Twoje oczy — wysapała.

Poczułem przypływ ciepła. Dobrze, że zostanie po mnie cząstka na tym świecie. Szkoda tylko, że nigdy jej nie poznam.

Kori załkała głośno. Chciałem jeszcze zostać, powiedzieć jej jak wiele dla mnie znaczy, ale cała energia nagle zniknęła. Zamknąłem oczy.

— O mój Boże! Dick, nie rób mi tego! Proszę! Nie możesz mnie tak zastawić! Nie możesz NAS tak zostawić! NIE! Błagam!

Wiedziałem, że jest silna. Da sobie radę. Mogłem odejść w spokoju.

Otworzyłem usta, by ostatni raz powiedzieć to, co przez te lata trzymało mnie przy życiu, przy prawdziwym życiu.

— Kocham Cię — razem w tymi słowami, z moich płuc wydobył się ostatni oddech.          Żyłem na tym świecie 25 lat, większość czasu podejmując złe decyzje. Kori zmieniła wszystko. Dała mi nadzieję, była moim światłem. Byliśmy sobie zapisani.

Życie nie znaczyłoby nic gdyby nie można było go poświęcić za osobę, którą się prawdziwie kocha.

***

Hej! Miał być wczoraj, za co przepraszam, ale za to wyjątkowo długi! Końcówka Was zszokowała? Co myślicie? Co wydarzy się dalej? :)

NOWY BLOG (TAK, ZNÓW TO ROBIĘ!)

Helllooooo!

Dobra, będzie krótko i zwięźle. NIE PORZUCAM TEGO BLOGA! Jutro pojawi się nowa notka, obiecuję że będzie długa i wyczerpująca. Ale… Zaczęłam pisanie drugiego bloga, który tym razem skupia się nie tylko na Tytanach (bo ich tam prawie nie ma), ale na Lidze Sprawiedliwych i innych bardzo różnych postaciach z bardzo różnych komiksów. Oczywiście, jest też Nightwing i Starfire! Jeżeli nie znasz wszystkich charakterów, to gwarantuję, że będziecie chcieli je poznać, bo wszystkie są świetne!

Tym sposobem kończę dzisiejszy post. Sprawdźcie nowego bloga TUTAJ (kliknij)!

Wasza Blackstar <3

Rozdział 55: Dla Twojego dobra

Byłem głupi i naiwny myśląc, że samemu uda mi się zmierzyć z Trigonem. Działałem zbyt szybko i nie przewidziałem okropnych konsekwencji. W ułamku sekundy straciłem wszystko, co miałem.

— Richard?! Richard, co się stało?! — jakaś sylwetka pojawiła się przede mną, ale obraz był niewyraźny i zamazany. Dopiero kiedy poczułem silny ból na policzku zdałem sobie sprawę, że nade mną schyla się Barbara, a tuż za nią stoi Jason.

— Idiota — rzucił ciemnowłosy, ale jego dziewczyna posłała mu tylko ostrzegawcze spojrzenie. Dotknęła rozcięcia na moim policzku, którego nawet nie czułem.

— Zabrał Kori — powiedziałem zimno, a ona wydała z siebie niemy okrzyk. Spojrzała na Todd’a jakby szukała u niego odpowiedzi.

Wstałem na nogi, ledwo potrafiąc się utrzymać na nogach po walce i po porwaniu mojej narzeczonej.

— Dzwonię do Garfielda — racjonalny głos Babs rozległ się po pokoju. Nikt z nas jej nie zatrzymał. Gar był dla Kori jak brat, może nie biologiczny, ale jedna z bliższych jej osób. Chwila… Jak brat?

— Ryan! — krzyknąłem głośno, a rudowłosa kobieta podskoczyła w miejscu ze strachu.

— Jason, sprawdź czy Trigon nie uderzył go w głowę — powiedziała po cichu do Red Hooda, jednocześnie szukając w telefonie numeru do Zielonego.

— Nie, nie, nie — zaprzeczyłem szybko, próbując wytłumaczyć im moją reakcję. — Pamiętacie co Kori mówiła…? O tym połączeniu jakie ma z Ryan’em, bo są bliźniakami? Może jemu uda się ją odnaleźć?

Zarówno Jasonowi jak i Barbarze szczęki opadły daleko w dół kiedy usłyszeli o tym pomyśle. Miał on bowiem wysokie szanse powodzenia, a ja nie miałem zamiaru tak łatwo odpuścić.

— W takim razie — stwierdził Jason — zadzwoń lepiej do Ryana. Wyślę tam Cyborga z odrzutowcem. W takim tempie powinien być tutaj za parę godzin.

Kobieta posłusznie skinęła głową.

— Tym razem Trigon mi się nie wywinie.

***

            Trigon był dziwnym człowiekiem, chociaż to słowo nie do końca go opisywało bowiem przypominał bardziej demona czy nawet samego diabła. Chociaż wydawał się mieć ludzkie odruchy, jak nadmierna ironia czy okrutne żarty, w ułamku sekundy mógł sprawdzić żebym była martwa. A jednak jeszcze żyłam.

Drzwi do celi się otworzyły. Gdziekolwiek byłam, było tu zimno i wilgotno, jakbyśmy skrywali się w jakiś podziemiach. Ile czasu minęło? Może dopiero godzina? Już czułam, że nie wytrzymam tu długo bez stracenia moich zmysłów. Brak światła, ciemność i groza. Zapaliłam zielony płomień w dłoni by oświetlić wejście do celi.

— Nie zbliżaj się! Ani kroku dalej! — rzuciłam szybko, oświetlając jasnym światłem sylwetkę, która weszła do środka.

Usłyszałam śmiech, teraz już znajomy.

— Tamaranie zawsze mieli niezwykle waleczne charaktery — Trigon nie poskąpił sobie skomentować mojego pochodzenia. Wypaliłam Starbolt’a w jego kierunku, lecz zniknął on zanim zdążył dotrzeć do jego postaci. Moja moc była niczym w porównaniu z jego magią, czarną i pochodzącą z piekieł.

— Czego chcesz, ty psychopato?! — krzyknęłam piskliwie, delikatnie otaczając dłonią swój brzuch. To było jedyne o co się teraz troszczyłam. I jedyne co dawało mi nadzieję. Wyjdziemy z tego razem.

— Najchętniej to skończyłbym to, co zacząłem — odpowiedział, wchodząc do środka celi i zamykając ciężkie drzwi. Skuliłam się w kącie by być jak najdalej od niego. — Gdybym Cię zabił nie byłoby już żadnego Tamarańczyka.

W mojej głowie pojawił się obraz mojego rodzeństwa. Nie byłam jedyna. Ale on o tym nie wiedział. Odetchnęłam z ulgą, wiedząc że przynajmniej moja rodzina jest bezpieczna.

— Więc dlaczego tego nie robisz? — spytałam zimnym, dumnym głosem, który zabrzmiał wyjątkowo prowokacyjnie. Ten efekt wyjątkowo mnie ucieszył.

Mężczyzna wziął głęboki oddech.

— Nie martw się — powiedział spokojnie, a jego ostre kły odbiły się w niemym, zielonym świetle. — Jeszcze niecałe trzy miesiące i dokończę moje dzieło.

Potrzebowałam chwili by zorientować się o czym mówił. Zanim jednak to do mnie dotarło, Trigon rozmarzył się myśląc głośno.

— Wyobrażasz to sobie? Dziecko nadzwyczajnego Ziemianina i silnej Tamaranki? Mały książę, tak mi się wydaje, prawda? Odważny i porywczy jak jego ojciec, piękny i dostojny jak jego matka. Czy mógłbym sobie wymarzyć lepszego potomka?

Poczułam jak moja złość narasta. Nigdy nie pozwolę by ta kreatura zabrała moje dziecko, a już tym bardziej by zniszczyła mu życie.

— Nigdy — wysapałam groźnie, czując jak od potu i wilgotności włosy lepią mi się do czoła.

— Oh, droga Koriand’r, muszę przyznać, że nawet jak się złościsz jesteś piękna — zaśmiał się szyderczo. — Jeszcze zobaczymy… Może i Ciebie zatrzymam?

Poczułam obrzydzenie na samą myśl o takiej opcji. Posłałam mu nienawistne spojrzenie, lecz on tylko uśmiechnął się od ucha do ucha.

— Richard Cię znajdzie i zabije — zagroziłam, ale i to spotkało się z napadem udawanego śmiechu.

— Niech mnie znajdzie — powiedział Trigon. — Tylko na to czekam.

***

            Wiadomość od Barbary przerwała moją rozmowę z Harley. Jak na razie, nasza kolacja szła idealnie po mojej myśli. Dziewczyna wydawała się świetnie bawić, z resztą ja również. Nawet liścik w kieszeni, który dostałem od tajemniczej nieznajomej podczas występu, wydawał się teraz mniej interesujący.

Przeczytałem wiadomość na ekranie wyświetlacza telefonu.

— Coś się stało? — spytała piskliwym głosikiem blondynka, uśmiechając się swoimi czerwonymi ustami. Posłałem jej niepewne spojrzenie.

— Przykro mi, Harley — powiedziałem szybko, po czym wyciągnąłem gotówkę za kolację i rzuciłem ją szybko na stół. — Praca wzywa.

— Oh — wydała z siebie odgłos zdziwienia, lecz wstała za mną i również zaczęła ubierać swój płaszcz. — Czy to coś poważnego?

Nieufność zdecydowanie nie była moją cechą, a ją w końcu znałem już od wieków.

— Jedna Tytanka została porwana — rzuciłem szybko. — Naprawdę mi przykro.

— Vic, czekaj! — dziewczyna zawołała za mną. — Pozwól mi jechać z Tobą!

Spojrzałem w jej wielkie, dziecięce oczy, niemal widząc w nich prawdziwą troskę. Otrząsnąłem się jednak z tego hipnotyzującego spojrzenia i wyciągnąłem kluczyki do samochodu.

— To zbyt niebezpieczne — powiedziałem. Jej blada ręka złapała mnie zanim zdążyłem odejść. Harley uniosła się na palcach i ucałowała mnie delikatnie w policzek.

— Uważaj na siebie — wyszeptała cicho.

Uśmiechnąłem się do niej, po czym biegiem opuściłem restauracje i udałem się do wieży.

***

8 godzin później, poranek następnego dnia, Jump City

— Wciąż nie mogę uwierzyć, że ten sam człowiek, który zabił naszych rodziców, porwał naszą siostrę — głos Ryan’a przepełniony był nienawiścią, zupełnie niepodobną do jego łagodnej i radosnej natury.

Cyborg podpinał właśnie swoje nowe urządzenie, które opracował razem z Barbarą w przeciągu tych paru godzin do głowy brata Kori. Z trudem potrafiłem tylko stać z boku i wszystkiemu się przyglądać. Te parę godzin było prawdziwą torturą. Co jeśli nam się nie uda? Co jeśli ją stracę? Nie… Musiałem pozbyć się tych wszystkich myśli.

— Cy, jak Ci idzie? — spytałem niecierpliwie. Ciemnoskóry założył podpiął ostatni kabelek do wielkiego hełmu na głowie Ryana, po czym kliknął parę guzików na nim. Jego twarzy była pełna skupienia.

— Gotowe — rzucił szybko. Wszyscy w pokoju wstrzymali oddech. — Babs?

Tym razem spojrzałem na niewinną kobietę, która z niepewnością spojrzała teraz znad swojego monitora.

— Wszystkie funkcje stabilne — odpowiedziała, na co Victor skinął głową.

— Wprowadzimy Cię teraz w stan śpiączki, powodując że Twoje ciało przestanie działać, a wszystkie funkcje życiowe zostaną skierowane do ośrodka rozpoznawczego w mózgu — wyjaśnił Cyborg.

— Czy to jest niebezpieczne? — zza fotela na którym spoczął Ryan wyjawiła się surowa sylwetka Komand’r. Jej włosy były teraz krótko ścięte, sięgając zaledwie ramion, ale oczy pozostały tak samo czujne i groźne.

— Istnieje możliwość, że będzie to wymagało zbyt dużej energii — zaczął Cy.

— A wtedy co się stanie? — spytał spokojnie Ryan.

Mężczyzna zawahał się z odpowiedzią.

— Barbara kontroluje wszystkie funkcje życiowe, więc nie powinno być z tym żadnego problemu. Po prostu, odłączymy Cię od maszyny.

— Ale wtedy nie uzyskamy odpowiedzi gdzie jest Kori, tak? — wtrąciłem się, zakładając ręce na ramionach. Spojrzałem na rudowłosego chłopaka, który tak bardzo przypominał swoją siostrę, że patrzenie na niego przywoływało wspomnienie mojej porażki. Nie chciałem by coś mu się stało. Kori nigdy by mi tego nie wybaczyła. Ale w tym momencie musiałem być samolubny. Nie wyobrażałem sobie swojego życia bez niej, więc musiałem zrobić wszystko co w mojej mocy by ją odzyskać.

Barbara zmrużyła oczy, a Cyborg wydawała się zdziwiony moją reakcją. Jedynie Jason zdawał się niewzruszony.

— Będziemy musieli przerwać transmisje — uciął krótko Cyborg. Spojrzał na Ryana w poszukiwaniu zgody.

Tamten lustrował mnie właśnie wzrokiem, ewidentnie się nad czymś zastanawiając.

— Jestem gotowy — powiedział pewnie.

Vic skinął głową na Babs, która z lekkim wahaniem wprowadziła odpowiedni kod do komputera.

Chwilę potem rozległ się głośny dźwięk, przypominający cienki pisk, który zagłuszył całkowicie moje zmysły.

***

Mijały minuty, a głuchy odgłos zdawał się rozbrzmiewać równie głośno jak na początku. Obserwowałam funkcje życiowe Ryan’a, które teraz spadły do poziomu minimalnego, ale stabilnego. Tak, jak przewidywaliśmy. Trudno było jednak określić jak długo zdołamy go utrzymać w takim stanie.

— Masz już coś? — krzyknął Jason, który podszedł do mnie i zza pleców wejrzał na monitor komputera. Czerwony punkt zdawał się szukać odpowiedniego miejsca. Działało to na podstawie algorytmu, który zbierał wspomnienia oraz możliwe informacje, które mózg Ryana dzielił z mózgiem Kori. Nie mieliśmy pewności czy to się w ogóle uda, ale jak na razie teren poszukiwań został zawężony do wschodniej części Jump City.

— Wciąż szuka dokładnej lokalizacji — odpowiedziałam.

Wciąż byłam na niego wściekła, że mnie okłamał i postanowił działać na swoją rękę, zostawiając mnie z moimi podejrzeniami, które jak się okazało były bezpodstawne.

— Babs, co się dzieje?! — z zamyśleń wyrwał mnie głos Cyborga, który stał przy siedzeniu Ryan’a. Rudowłosy mężczyzna wydawał się mieć atak drgawkowy, gdyż impulsywnie i nieregularnie jego ciało rzucało się w każdym kierunku. Gałki oczne niemal zupełnie stały się białe, puste i zagubione.

Spojrzałam na ekran, który teraz wariował. Funkcje życiowe przekraczały normę, a zaraz po tym spadały poniżej akceptowalnych wartości.

— Zrób coś, kobieto! — Komand’r wyrosła obok mnie znikąd, dając mi porządnego kopa. Zaczęłam wystukiwać algorytm, by zatrzymać działanie maszyny.

— Czekaj! — krzyknął Grayson, doskakując do mnie i łapiąc mnie za nadgarstki zanim zdążyłam tak naprawdę zatrzymać program. Poczułam ucisk bólu w dłoniach. — Nie mamy jej lokalizacji!

Widziałam w jego oczach strach, że straci Kori. Rozumiałam go, ale nie mogłam pozwolić niewinnej osobie umrzeć.

— Odsuń się od niej! — Jason stanął w mojej obronie. W pokoju zapanował chaos. Cyborg i Kom próbowali jakoś zdjąć urządzenie z głowy Ryan’a, ale gdy tylko jego ciała, zostali odrzuceni siłą jaka z niego promieniowała. Jedynie ja mogłam zatrzymać ten proces.

— Dick, Kori by tego nie chciała! — spojrzałam Richardowi w oczy, widząc w nich wahanie. Spojrzał na Ryan’a, po czym na moje nadgarstki, które ściskał z niesłychaną siłą.

Jego powieki opadły lekko w skupieniu.

— Nie mogę. Musze ją ocalić — oznajmił silnym głosem.

Nie zauważył jak Todd, który teraz znalazł się tuż za jego plecami, wymierza cios w jego kierunku. Jednym ruchem powalił go na ziemię, zostawiając nieprzytomnego.

— Wybacz, stary — powiedział, rozmasowując swoją pięść z bólem wypisanym na twarzy. — Nie możemy Ci na to pozwolić.

Rozdział 54: Piekło na Ziemi

— Zanim w ogóle zaczniesz nam prać mózgi swoją bohaterską gadką — zacząłem poważnie, stając przed starym biurkiem, za którym siedział Clark. Ta sceneria, mroczna i pozbawiona blasku chwały, nie pasowała do jego osoby. Przynajmniej nie tak wyobrażali go sobie ludzie. — Dlaczego w ogóle chcesz nam pomóc? Przecież zarówno ty jak i Trigon nienawidzicie Tamaranu.

Kent zaśmiał się sztucznie.

— Wbrew tego co o mnie myślisz, wliczając w to naszą niezbyt ciekawą przeszłość — powiedział — jestem bohaterem.

— Jakoś nie powstrzymało Cię to przez sabotażem Bruce’a — prychnąłem, opierając ręce o biurko.

— To było lata temu, Grayson — jego uśmieszek zniknął z jego twarzy na wspomnienie dawnych czasów. — Wtedy w grę wchodziło o wiele więcej niż tylko chwała czy zwycięstwo. — Zmrużył oczy. — Nie tylko ciebie miłość zmusiła do podejmowania ekstremalnych środków.

Miał całkowitą rację. Miłość potrafiła ogłupić ludzi.

— W takim razie mów co wiesz — rzuciłem.

Jason wciąż chował się z tyłu, opierając się o ścianę i wpatrując w swoje buty. Superman westchnął przeciągle i usadowił się wygodnie na swoim krześle.

— Dwa lata po tym kiedy Tamarańczycy zniszczyli Krypton, zmuszając mnie i moją świętej pamięci kuzynkę do opuszczenia naszej rodzinnej planety, Trigon pojawił się w naszej galaktyce. Tamaran był silny, władany przez naprawdę dobrych władców — oznajmił Kent, aż zdziwiłem się jego szczerością. — Pewnie myślisz teraz jakim cudem jeden człowiek mógł wybić w parę dni planetę zamieszkaną przez miliony istot? — nie odpowiedziałem, więc tamten tylko kontynuował. — On nie jest zwykłym czarnoksiężnikiem. Ma moce, o których nie mamy pojęcia, a teraz wy, ty i ta twoja paczka niedorobionych bohaterów, nieźle go wkurzyliście.

— Ej! — krzyknął zza mnie Jason. — Nikt go tutaj nie zapraszał!

Zacisnąłem pięści.

— Ale on już tutaj jest — wycedził Clark. — A wy zabiliście jego córkę i teoretycznie ukrywacie ostatnią Tamarankę, która z resztą jest w ciąży i niedługo wyda na świat kolejny powód by Trigon mógł was zniszczyć.

— Skąd o tym wiesz? — rzuciłem szybko, lustrując go uważnie.

Kent uśmiechnął się szyderczo.

— Nie tylko Batman wie wszystko o wszystkim — rzucił. — Swoją drogą… Gratulacje. Oczywiście o ile dożyjecie tego pięknego poczęcia.

Uderzyłem pięścią o drewniany stół, którzy skrzypnął głośno. Przy jego pewności siebie trudno było mi się opanować. Szczególnie kiedy rzucał komentarze pod osobą Kori.

— Gdzie on jest?! — krzyknąłem, mierząc Supermana lodowatym wzrokiem i starając się nad sobą zapanować.

— Wierz mi, Grayson — Superman również wstał i teraz mierzyliśmy się zimnymi, dumnymi spojrzeniami nad stołem — nie chcesz wchodzić mu w drogę.

Kiedy ktoś chce zagrozić mojej dziewczynie to jest to niemal mój obowiązek. Zacisnąłem pięści, lecz Kent rozluźnił mięśnie i cmoknął głośno z dezaprobatą.

— Niektórzy chyba muszą nauczyć się niektórych rzeczy poprzez błędy — powiedział zimno. Wyciągnął z szuflady kartkę papieru po czym wypisał na niej szybko adres. Wręczył mi go z okrutnym uśmiechem na twarzy.

— Pamiętaj, że Cię ostrzegałem — rzucił, kiedy już zdążyłem odwrócić się w kierunku drzwi.

Nie przystanąłem. Jason ruszył zaraz za mną. Mieliśmy robotę do wykonania.

***

            Barbara wpatrywała się w całą sytuacje z takim samym niedowierzaniem co ja. Jason okłamywał ją i zanikając w nocy załatwiał jakieś potajemne interesy z Supermanem, a teraz dołączył do niego też Richard. Gotowałam się ze złości, niemal czując jak energia chce wyrwać się z mojego ciała.

— Co oni tam robią? Przecież powiedzieli, że nie chcą mieć nic wspólnego z Kentem — myślała intensywnie niska rudowłosa. Jej okulary opadły nisko na nos, a włosy spięte zostały w nieestetyczny kucyk.

— Mówili nam dużo rzeczy — skwitowałam krótko grubym, obrażonym głosem.

Zapanowała cisza. Razem z Babs bacznie obserwowaliśmy drzwi budynku, w którym zniknęli mężczyźni. Ukryłyśmy się na jednym z balkonów, w kamienicy naprzeciwko.

Nagle drzwi się otworzyły i wyszedł przez nie Grayson. Krok za nim szedł Todd, mówiąc coś do niego, jakby próbował go zatrzymać. Tamten jednak wydawał się niezwykle zmotywowany.

— Nie wygląda to dobrze — wyszeptała Barbara, patrząc na mnie swoimi szarymi oczyma. Westchnęłam spokojnie, lecz moja dłoń zwiększyła ucisk na jeden ze szczebli.

W tamtym momencie Richard szybkim ruchem przygwoździł Red Hood’a do ściany tak, że nogi tamtego zawisły w powietrzu. Babs pisknęła cicho, ale zdążyłam zakryć jej usta dłonią. W ciszy oglądałyśmy tę wymianę zdań pomiędzy dwójką mężczyzn. Ostatecznie, Grayson puścił swojego poprzednika. Jason zakasłał głośno i upadł na kolana, ale był cały.

— Nie bądź głupi, Grayson! — zawołał w ciemności, kiedy Nightwing oddalił się od niego szybkim krokiem. Zniknął za zakrętem, ale ja nie mogłam mu tak po postu odpuścić. Najpierw Kent, teraz to. Naprawdę nie wiem co się działo z tym mężczyzną.

Jednym szybkim ruchem sfrunęłam z balkonu by pozostać niezauważoną przez Jasona.

— Kori! — cichy krzyk Babs próbował mnie zatrzymać, ale nic z tego.

Potrzebowałam odpowiedzi.

***

            Sylwetka niskiej, drobnej blondynki pojawiła się na końcu korytarza, kierując się w moim kierunku z promiennym uśmiechem. Zmieniła swój morderczy wygląd i teraz wyglądała całkiem niewinnie. Blond włosy spływały prosto do ramion, kontrastując z czarną sukienką, na wzór z lat 60-tych, z paroma falbanami i luźnym krojem.

— Vic! — krzyknęła uroczo kiedy wręczałem jej kwiaty. — Dziękuję.

Uśmiechnąłem się wesoło.

— Wspaniały występ — powiedziałem. — Byłaś bardzo przekonująca. Naprawdę masz talent.

W jej oku pojawił się błysk, trudno było mi określić jakiego rodzaju błysk.

— Zupełnie jakbym urodziła się w roli psychopatki, prawda? — zaszczebiotała z uśmiechem.

Zaśmiałem się głośno, po czym wziąłem ją pod rękę. Mój samochód zaparkowany był niedaleko, więc przeszliśmy kawałek rozmawiając o sztuce. Później rozmowa była kontynuowana w pobliskiej restauracji.

— Więc — zaczęła Harley, biorąc łyka swojego drinka. — Jak to się stało, że zostałeś Tytanem?

Rozejrzałem się dookoła, upewniając się że nikt nas nie słyszy. W mojej nowe postaci trudniej było mi się przyzwyczaić do braku gapiów.

— Długa historia — odpowiedziałem. — Liga uratowała mnie z wypadku, w którym zginęli moi rodzice. Sama widziałaś, że zapłaciłem tym swoją cenę — spojrzałem na moją prawą rękę, która jeszcze parę godzin temu pokryta była metalowymi częściami i laserem.

Harley zrobiła poważną minę.

— Jesteś bohaterem, Vic — powiedziała entuzjastycznie, ale w jej głosie było słychać jeszcze coś poza tym. Może się mnie bała, tak jak wszyscy inni? — Znam Cię od dziecka i wiem, że jesteś dobrym człowiekiem.

To zdanie znacznie poprawiło mi humor. Dziewczyna spojrzała na mnie i ujęła moją dłoń. Przyjemnie było poczuć czyjś dotyk po tylu latach samotności.

***

            Miałem już tego wszystkiego po dziurki w nosie. Superman mógł sobie z nami pogrywać, ale ja nie miałem zamiaru odpuszczać. Nie taka była moja natura. Trigon, nieważne jakie miał zamiary wobec tego świata, zagrażał Kori.

Jechałem swoim motorem o wiele za szybko, ale ulice były teraz puste, bo zapadł już zmrok. Może sam pchałem się w pułapkę, a może to miało wreszcie zakończyć ten teatrzyk. Jedno było pewne. Tej nocy miało się odbyć decydujące starcie.

Wjechałem na tereny poza miastem, czując jak kamienie wyskakują spod kół motoru. Skierowałem się wiejską drogą na północ, gdzieniegdzie mijając pojedyncze domy, aż w końcu budynki zupełnie zniknęły mi z wzroku. Dziesięć minut później dotarłem do celu – Parku Greenstone, który oddzielał Jump City od Starling i była największym parkiem w Ameryce. Współrzędne Kenta były jednak dokładne i po chwili moim oczom ukazał się statek. Ukryty był pomiędzy drzewami, naprawdę głęboki w gęstej puszczy tak, że normalny przechodzień nawet nie zwróciłby na niego uwagi.

Zszedłem z motoru i szybkim krokiem skierowałem się w tamtym kierunku. Miałem wrażenie, że element zaskoczenia wcale by tutaj nie zadział, ale wypadało spróbować. Zakradłem się do środka od tyłu, przez jedno z wybitych okien, które musiało się rozbić w czasie lądowania. W środku panował dziwny chłód, czyniąc to miejsce zimniejszym niż przestrzeń na zewnątrz. Zima dawała o sobie usłyszeć.

Przeszedłem parę korytarzy, nie wiedząc nawet czego tak naprawdę szukam. W końcu przede mną pojawiły się duże, metalowe drzwi. Nie zaskoczył mnie fakt, że gdy tylko zrobiłem krok w ich kierunku, z obu strony zostały wypalone pociski. Dzięki szybkiemu unikowi udało mi się uniknąć utraty głowy.

Wszedłem do środka, jeszcze bardziej czujny niż wcześniej. Ciemność wypełniła się teraz niebieskawym światłem, sprawiając że miejsce to było jeszcze bardziej przerażające.

— Richard Grayson, Nightwing — ze środka pokoju dobiegł mnie spokojny, lecz zimny głos. Cień światła padł na wysoki tron, na którym siedział diabeł. Tak przynajmniej wyglądał. Jego podwójna para oczy patrzyła prosto na mnie, jakby zaraz miała mnie zabić spojrzeniem, a dwa spiczaste rogi zawijały się groźnie na jego głowie. Spiczaste uszy oraz długie, brudne pazury tylko dopełniały cały efekt. Byłem w piekle na ziemi. — Spodziewałem się Ciebie. Jesteś wyjątkowo odważny jak na człowieka.

— Chyba masz złe informacje o mojej rasie — syknąłem, zaciskając pięści i zbliżając się powoli w jego kierunku.

— Nie… — powiedział z zamyśleniem. Mogłem niemal poczuć jak jego moc otacza moje ciało, powodując chłód i strach, któremu nie chciałem ulec. — Wyczuwam Twoją aurę. Jesteś inni niż reszta ludzi. Doświadczyłeś w życiu wielu złych rzeczy, ale sam nie jesteś dobrym człowiekiem. Czyż nie? W głębi serca wiesz, że nigdy nie będziesz jak inni Tytani… Dobry. Twoim przeznaczeniem jest wielkość, Grayson, a jej z nimi nie osiągniesz.

— Przestań opowiadać mi Twoje złudne bajeczki, Trigon, bo i tak nie uwierzę w ani jedno Twoje słowo — powiedziałem groźnie. Znalazłem się teraz niewiele więcej niż 5 metrów przed nim. Tamten jednak wyglądał na rozbawionego faktem, że człowiek chce się z nim mierzyć.

— Widzę w Tobie niemały potencjał — powiedział, wpatrując się we mnie. — Co powiesz na małą umowę?

— Nie zawieram umów z diabłem —syknąłem hardo, ale on zaśmiał się głośno.

— Może jednak się nad tym zastanowisz — oznajmił, po czym wstał ze swojego tronu i uniósł swoje berło, celując we mnie. — Potrzebuję nowego asystenta. Zabiliście moją córkę, co oznacza, że była za słaba.

Śmierć Raven nie poruszyła go nawet w najmniejszym stopniu. Jedyne o co Trigon naprawdę się troszczył to potęga i władza.

— Nigdy — odpowiedziałem, a ten jak na sygnał wystrzelił we mnie promieniem mrocznej energii. Odskoczyłem w bok, upadając na schody i szybko się zbierając.

— Zabiję wszystkich których kochasz, Grayson — powiedział z rozbawieniem. Przed oczami stanęła mi wizja umierającej Kori, otoczonej przez morze krwi. Nie. Mogłem walczyć i mogłem wygrać.

Zaatakowałem jednym z niewielkich urządzeń, nad którym pracowałem jakiś czas temu. Mała bombka przyczepiła się do szaty Trigona, po czym wybuchła, powodując masę dymu i hałasu. Kiedy pył opadł musiałem się jednak rozczarować, gdyż sylwetka czarnoksiężnika zupełnie zniknęła z pola widzenia.

— Ciekawe te Twoje sztuczki, Grayson — usłyszałem głos za moimi plecami. — Mógłbyś być o wiele potężniejszy po moim treningu.

Warknąłem groźnie, kierując atak fizyczny na wroga. Rzuciłem się na niego, lecz w momencie gdy nasze ciała miały się zderzyć, jego postać rozpłynęła się w powietrzu. Z trudem zachowałem równowagę, ale kiedy uniosłem głowę otoczyła mnie zupełna ciemność.

Nagle z oddali usłyszałem kobiecy krzyk. Znajomy krzyk. Natychmiast ruszyłem biegiem w tamtym kierunku, chociaż wciąż otaczała mnie jedynie ciemność.

— Kori! — ryknąłem z desperacją. To mogła być jedynie sztuczka Trigona. Kori tu tak naprawdę nie było i siedziała teraz bezpiecznie w domu. Ale co jeśli…? — Kori!

— Tutaj jesteśmy — uradowany głos Trigona rozległ się niedaleko mnie. Ciemność zniknęła, a my znów znaleźliśmy się w głównej Sali pokładowej z tronem na środku.

Rudowłosa kobieta klęczała przede mną, z zapłakaną twarzą i rozmytym makijażem. Jej dłonie otaczały jej brzuch, na którym dopiero co pojawiały się oznaki ciąży. Ten widok sprawił, że moje serce stanęło. Trigon zaśmiał się wesoło, z sadystyczną tendencją, po czym ruchem dłoni sprawił, że przy szyi dziewczyny pojawiły się dwa ostre sztylety.

— Nie rób tego — błagałem, wyciągając powili rękę w kierunku dziewczyny. Jej łzy przestały lecieć i teraz spoglądała tylko na dwa ostrza, które znajdowały się jedynie milimetry od jej skóry.

— Ostatnia Tamaranka — oznajmił Trigon z zaciekawieniem. — I to księżniczka. Kto by pomyślał, że może okazać się tak wartościowa. I jeszcze nosi Twoje dziecko.

Sposób w jaki mówił o Kori sprawił, że poczułem obrzydzenie.

— W porządku — poddałem się. — Wygrałeś. Zrobię co zechcesz — opuściłem dłonie w bezsilnym wyrazie.

— Richard, nie…! — krzyknęła rudowłosa, ale po chwili pisknęła głośno bo jeden ze sztyletów zrobił małe nacięcie na jej szyi. Zrobiłem automatyczny krok do przodu, ale Trigon spojrzał na mnie groźnym wzrokiem.

— Nasza umowa wygasła — powiedział spokojnie Trigon, delikatnie gładząc włosy Kori, która drżała na całym ciele. — Ta mała kosmitka musi Cię naprawdę kochać, żeby ryzykować swoje życie i iść tu za Tobą… A może po prostu jest głupia, jak reszta jej rasy.

— Co masz zamiar zrobić? — spytałem sucho.

— Hmmm — zamyślił się mężczyzna. — Chyba daruję Wam tą planetę. Ludzie nie są zbyt interesujący, a z resztą teraz mą ją — wskazał na Kori, jakby była jakimś towarem. — To zupełnie jak dwa w jednym, nie sądzisz? Ty zabrałeś mi moje dziecko, ja zabiorę Ci Twoje.

Jego ciemne jak noc oczy spojrzały na mnie z satysfakcją. Spojrzałem na Kori, która szeptała teraz ciche przeprosiny.

Sekundę po tym kiedy jej zaszklone, zielone oczy spojrzały na mnie po raz ostatni, obie postaci rozpłynęły się w powietrzu, jakby ich tam nigdy wcześniej nie było.

***

Po pierwsze, dziękuję za wszystkie kometarze do ostatniego rozdziału. Naprawdę to dzięki nim zmotywowałam się by znaleźć odrobinę czasu by napisać ten rozdział. Po drugie, przepraszam za tak długą nieobecność. Wprowadziłam się do collegu i jak się możecie tego spodziewać, pierwsze tygodnie będę dość zajęte, ale postaram się pisać jak najczęściej!

Jak Wam się podobał rozdział? :)